
Kas Kryst

COCOON dla Carlo Rossi (cokolwiek zacz), nadmienię jednak, że suknia z prawdziwych płatków róż robi wrażenie (i wizualne i zapachowe)

piękna osoba, piękna stylówka

jedna z moich ulubionych sylwetek tegorocznej edycji (Agnieszka Orlińska)

NENUKKO detail

Wojtek Haratyk

Project ZOA detail

NICK-NACK

Sofia French

Berenika Czarnota

Ewa Szabatin (a nienie, przepraszam, marka SHABATIN)

Kas Kryst (skoro już popadłam w punktowanie moich ulubionych looków, to modelka z przodu prezentuje kolejny z nich)

Wojtek Haratyk detail

NENUKKO

Z pokazu Agaty Wojtkiewicz ostały się jedynie zdjęcia nóg, propsy za ujednolicenie obuwia

Pani o której nie wiem do końca co myśleć, jednocześnie i hot i not. Tzn. obserwowałam ją dni trzy i do przebierańców się z pewnością nie zaliczała, ale stylówki na 'polską Tamilkę' trochę nie kupuję.

Klaudia Kozik w tym sezonie bezsprzecznie wygrywa plebiscyt na najlepszą modelkę FW (tutaj w sukience z kolekcji Agnieszki Orlińskiej)

Barto Rebell, którego czapki HI MOM opanowały głowy stołecznej dzieciarni ogląda pokaz Jarosława Juźwina z miną wyrażającą 'umiarkowane zaciekawienie'

NENUKKO (nosiłabym!)

Trochę żenady z niedzielnego poranka, czyli Project ZOA, plus paskudne tatu

Dziecko patrzy na kolekcję Wioli Wołczyńskiej, Helena patrzy na dziecko, bo kolekcja to odgrzany kotlet. Ładny, ale świeżości niepierwszej.

Berenika Czarnota

zdzierżalny poziom przebrania

Agnieszka Orlińska

NENUKKO detail

(groteskowy model w groteskowej Shabatin, a w tle redaktor Zaczyński przeżywający kryzys egzystencjalny, jest uroczutko)

W ramach off-topu i zejścia z tonu 'jestę recenzętką' mój niedoszły oraz nietknięty piątkowy obiad. Było to bolesne doświadczenie, ale wierzę, że cierpienie mnie uszlachetniło i uwrażliwiło na modę (minus fakt, że pokaz TOMAOTOMO spędziłam stojąc w kolejeczce).

jak widać NENUKKO

Jeśli ze względu na nieprzystawalność poszczególnych elementów macie problemy z rozpoznaniem tragicznym to podpowiadam, że jegomość w czapce z tygrysem to Michał Witkowski (tak, TEN Michał Witkowski, Michał Witkowski PISARZ).
Bonusowo ciekawa scenka rodzajowa - Pan Elegant podejrzewa, że robię zdjęcie jemu (wolne żarty), więc jednocześnie pręży się do zdjęcia i demonstruje fashion grymas mający wyrażać dystans, cynizm, sarkazm i inne nudne słowa, którymi warto się obecnie legitymować.

NENUKKO
Wiola Wołczyńska
Miałam zacząć standardowo - jakiś nieśmieszno-uszczypliwy dowcip i prymitywnie bloggerska klasyfikacja na 'podobao' oraz 'niepodobao'. Potem trochę o butach (lepszych niż zazwyczaj) i modelkach (skandalicznie nijakich, źle chodzących i nieujednoliconych jeśli chodzi o budowę ciała) i jakoś bym ten post, mimo umiarkowanego zapału, w końcu wysmarowała.
Ale tak sobie pomyślałam, że niech kowal konie podkuwa, bartnik pszczoły hoduje (to on je hodował, no nie?), dziennikarze modowi niechże recenzują pokazy, a ja - niewydarzona studentka i zmienno-czasowa entuzjastka mody pokażę paluchem tłustym, upierścienionym problemy z jakimi niewątpliwie zmaga obecnie łódzka impreza.
Problemy nie tylko natury, że się tak pretensjonalnie wyrażę 'artystycznej', bo one, jeśli chodzi o promocję polskiej mody zawsze były drugorzędne (wystarczy spojrzeć na projektantów odnoszących sukcesy komercyjne), ale przede wszystkim związane z kierunkiem w którym dryfuje FashionPhilosophy.
Pierwszy raz byłam na polskim Fashion Weeku w październiku 2011, na
pamiętnej piątej edycji, a tym samym na ostatnich pokazach w Łodzi takich marek jak ZuoCorp, Joanna
Klimas, czy BOHOBOCO.
Mimo, że ówczesna organizacja imprezy leżała
i kwiczała (no ok, będę elegancka, nie 'kwiczała', acz 'wołała o pomstę
do nieba') o imprezie było głośno. Naprawdę głośno. Każda szanująca się
stacja telewizyjna, rozgłośnia radiowa i przeróżne czasopisma
(bynajmniej nie tylko te branżowe) poświęciły FW sporo miejsca/czasu
antenowego.
Z kolei przeglądając tajny segregatorek Designer's Avenue, w którym gromadzimy każdorazowo zdjęcia gości, którzy potwierdzili przybycie, wszyscy łapaliśmy się za głowę wydając nieartykułowane słowa z rodzaju 'ooouu' i 'eeehh', tyle bogactwa i sławy postanowiło olśnić Łódź.
Z sezonu na sezon objętość segregatorka topnieje. A odkrycie w nim postaci, którą czytelnicy Pudelka kojarzą jako 'chomika', tudzież 'narzeczonego Joli Rutowicz' zabiło jak dla mnie pewną epokę FashionPhilosophy, imprezy którą w jej początkach odwiedzali Kenzo Takada, czy Agatha Ruiz de la Prada.
Obecnie FW znajduje się lata
świetlne od miejsca w którym był trzy sezony temu, drobne zmiany (m.in. zapowiadanie pokazów przez głośniki, czy trzy wejścia na salę pokazową,
zamiast jednego) usprawniły funkcjonowanie całości, ekipa pracująca przy
produkcji ukonstytuowała się i nabrała doświadczenia (bo nie oszukujmy
się, w Polsce było wcześniej zaledwie kilka osób mających jakiekolwiek
pojęcie o robieni eventów scentrowanych na modę, w tym momencie jest ich
już kilkadziesiąt).
Wszystkie ulepszenia nie powstrzymały jednak powoli jątrzącego w środowisku czarnego PRu eventu, który skutecznie odstręczył od imprezy poważniejszych gości i spowodował, że z edycji na edycję do Łodzi przybywa coraz mniej dziennikarzy i znanych nazwisk, (gwarantujących swoją obecnością rozgłos), a coraz więcej wszelkiej maści pajaców i nieznanych nikomu bloggerek i bloggerów.
Dodam złośliwie, że obie grupy zajmują się przede wszystkim rozglądaniem się za wymierzonymi w nie obiektywami, opcjonalnie kręceniem loczków i rzęs na imprezy (nie bez przyczyny przed szumnie zapowiadanym afterem K MAGa, sala pokazowa zaczęła wyludniać się już około 19, mimo, że ostatni pokaz był o 22).
Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę mówiła negatywnie o FashionPhilosophy, niezależnie od tego jak padnięta i zirytowana nie wróciłabym tym razem, bo przez takich małych malkontentów jak ja, FW z wydarzenia, którego nie można przegapić, ulegał stopniowej, acz nieodwracalnej dewaluacji.
Pluć można, ale nie warto, bo nie ma (i podejrzewam też, że nie będzie) drugiej tak profesjonalnej i względnie dostępnej imprezy modowej w Polsce.
Czas na niezbyt chlubną anegdotkę.
Jakiś czas po powrocie z Łodzi w kwietniu roku pańskiego 2012 natknęłam się w mieście stołecznym, w środku nocy na młodego-polskiego-projektanta X.
Młody-polski-projektant X był podobnie zalany jak i ja (to ta zapowiadana niechlubność), na co wskazywał jasno fakt, że stał i mówił bardzo średnio.
Młody-polski-projektant X (dla ułatwienia sobie opowieści, odtąd będę go tytułowała kryptonimem MPPX) został przywitany z należnymi hołdami, a następnie wzięty w krzyżowy ogień pytań, w których pełno było wyrzutów z gatunku 'jak można rezygnować z wspierania swoim nazwiskiem takiej imprezy' / 'jak FW ma się rozwijać, skoro wszyscy wypromowani tam w końcu kopią tę imprezę w dupę' i innych mniej, bądź bardziej maniakalnych uwag.
Rok temu z bliżej niejasnych dla mnie powodów miałam dość idealistyczne podejście do rozwoju mody w Polsce. Sądziłam naiwnie, że z łódzkiego FW z odrobiną dobrych chęci wszystkich zainteresowanych i masą ciężkiej pracy da się z czasem zrobić event na miarę Paris Fashion Week.
Nie miałam na myśli tego nakładu środków i tej rangi, tylko raczej wspólną platformę, która pozwalałaby pokazać kolekcje wszystkich projektantów w jednym miejscu i jednym czasie.
Przede wszystkim, aby dać płaszczyznę porównania, o której nie może być mowy, przy pokazach rozrzuconych w czasie po Warszawie i innych miastach. Obok siebie pokazy Ewy Minge i Muffin Wear, Macieja Zienia i Maldorora, tworzące prawdziwy i złożony obraz polskiej mody, a nie jego namiastkę jaką stanowi FashionPhilosophy w obecnym kształcie.
Piękna wizja. No ale wracając do anegdoty...
MMPX wyłożył mi rzecz wydawałoby się oczywistą - sprzedawalność kolekcji w znacznym stopniu jest warunkowana tym, czy jakaś gwiazda pojawi się publicznie w ubraniu z daną metką. Gwiazdy z kolei poznają polskie marki głównie na pokazach, na które są zapraszane.
Pokazach w WARSZAWIE, bo pani Y z serialu Z nie ruszy się przecież do jakiejś tam Łodzi, żeby przez 20 minut popatrzeć na szmaty. Nadmienił też, że FW w jego obecnej formie nadaje się znakomicie na debiut - marki z potencjałem wypływają, odcinając się od przeciętniactwa reszty, aby pożeglować samodzielnie na szersze wody (że zostanę w metaforyce morskiej), a feszynłikowe szaraczki powracają do Łodzi raz za razem bez większego odzewu.
MMPX uważał również, że projektanci z potencjałem zasługują na odrębne publikacje, a nie trzy zdania na przysłowiowy krzyż (cokolwiek ten frazeologizm ma znaczyć) i wzmiankowanie w 'gronie najlepszych', do którego zmusza recenzentów konieczność oceny niemal 50 różnych kolekcji i to widzianych na przestrzeni czterech dni.
Rok temu kłóciłabym się (haha, de facto to nawet nie 'bym', a 'się'), ale teraz zgadzam się całkowicie.
Skład projektancki do którego przyzwyczaiła nas Łódź powoli mizernieje, z marek nie-debiutujących i reprezentujących wysoki poziom pozostali już w zasadzie głównie łódzcy projektanci, lokalność bardzo sobie ceniący (mój tegoroczny faworyt - MMC Studio, czy Agata Wojtkiewicz), albo marki, które ubieranie sławnych i/lub bogatych mają w tzw. głębokim poważaniu (niezawodne NENUKKO).
Nie bolałby mnie aż tak bardzo 'okołodebiutancki' charakter jaki przybiera impreza, gdyby nie złudne wybory komisji werefikującej projektantów, która odrzuciła np. Maldorora, tworzącego w polskiej modzie narrację odrębną i bardzo wartościową, na rzecz marek takich jak Sofia French (swoją drogą, czy można nazwać firmę bardziej pretensjonalnie?).
Przed FW jeden z moich znajomych udostępnił na fb jej fanpage z kilkunastoma zaledwie fanami i komentarzem, że teraz Łódź postanowiła na promocję nikomu nieznanych. 'No i świetnie' pomyślałam.
W niemal dwa tygodnie od zakończenia imprezy, kiedy fanpage wyżej wspomnianej marki zebrał całeee 23 lajki mam wrażenie, że niektórzy nieznani powinni takimi pozostać, a komisja przed wyborem projektantów przedyskutować założenia.
Słyszałam też głosy, że w Polsce nie ma aż tylu dobrych projektantów, aby zapełnić pokazami cztery dni i że 'kogoś trzeba przecież wybrać'. Straszne pierdolenie. Kto powiedział, że polski FW musi trwać 4 dni?
Że 4 dni to i tak nie tydzień i przy 3 dniach byłoby śmiesznie tytułować imprezę słowem 'week'?
Cóż, można by przecież kończyć pokazy o 20, a tym samym zlikwidować łącznie osiem najgorszych pokazów i nie katować widzów modelkami przyobleczonymi w nijakość, brak pomysłów i złe wykończenia.
TO BE CONTINUED...
(następnym razem litania skarg i zażaleń szczegółowych i kilka ochoachów)
_________________________________________________________________
Słówko na temat zdjęć - standardowo moje, niestety wybiórczo pokazujące co-i-jak, bo a to bateria padała, a to nadgarstek od ciężaru się koślawił, a to miejsce z widocznością zero. Zostaję przy nich, bo szczeniacko wierzę, że blogi to żadne tam 'witryny' do cyferek i wygrywania mydła i powidła, a personalizacja internetu, więc dziś moje w pełni spersonalizowane niskie umiejętności techniczne.
Wszystkie ulepszenia nie powstrzymały jednak powoli jątrzącego w środowisku czarnego PRu eventu, który skutecznie odstręczył od imprezy poważniejszych gości i spowodował, że z edycji na edycję do Łodzi przybywa coraz mniej dziennikarzy i znanych nazwisk, (gwarantujących swoją obecnością rozgłos), a coraz więcej wszelkiej maści pajaców i nieznanych nikomu bloggerek i bloggerów.
Dodam złośliwie, że obie grupy zajmują się przede wszystkim rozglądaniem się za wymierzonymi w nie obiektywami, opcjonalnie kręceniem loczków i rzęs na imprezy (nie bez przyczyny przed szumnie zapowiadanym afterem K MAGa, sala pokazowa zaczęła wyludniać się już około 19, mimo, że ostatni pokaz był o 22).
Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę mówiła negatywnie o FashionPhilosophy, niezależnie od tego jak padnięta i zirytowana nie wróciłabym tym razem, bo przez takich małych malkontentów jak ja, FW z wydarzenia, którego nie można przegapić, ulegał stopniowej, acz nieodwracalnej dewaluacji.
Pluć można, ale nie warto, bo nie ma (i podejrzewam też, że nie będzie) drugiej tak profesjonalnej i względnie dostępnej imprezy modowej w Polsce.
Czas na niezbyt chlubną anegdotkę.
Jakiś czas po powrocie z Łodzi w kwietniu roku pańskiego 2012 natknęłam się w mieście stołecznym, w środku nocy na młodego-polskiego-projektanta X.
Młody-polski-projektant X był podobnie zalany jak i ja (to ta zapowiadana niechlubność), na co wskazywał jasno fakt, że stał i mówił bardzo średnio.
Młody-polski-projektant X (dla ułatwienia sobie opowieści, odtąd będę go tytułowała kryptonimem MPPX) został przywitany z należnymi hołdami, a następnie wzięty w krzyżowy ogień pytań, w których pełno było wyrzutów z gatunku 'jak można rezygnować z wspierania swoim nazwiskiem takiej imprezy' / 'jak FW ma się rozwijać, skoro wszyscy wypromowani tam w końcu kopią tę imprezę w dupę' i innych mniej, bądź bardziej maniakalnych uwag.
Rok temu z bliżej niejasnych dla mnie powodów miałam dość idealistyczne podejście do rozwoju mody w Polsce. Sądziłam naiwnie, że z łódzkiego FW z odrobiną dobrych chęci wszystkich zainteresowanych i masą ciężkiej pracy da się z czasem zrobić event na miarę Paris Fashion Week.
Nie miałam na myśli tego nakładu środków i tej rangi, tylko raczej wspólną platformę, która pozwalałaby pokazać kolekcje wszystkich projektantów w jednym miejscu i jednym czasie.
Przede wszystkim, aby dać płaszczyznę porównania, o której nie może być mowy, przy pokazach rozrzuconych w czasie po Warszawie i innych miastach. Obok siebie pokazy Ewy Minge i Muffin Wear, Macieja Zienia i Maldorora, tworzące prawdziwy i złożony obraz polskiej mody, a nie jego namiastkę jaką stanowi FashionPhilosophy w obecnym kształcie.
Piękna wizja. No ale wracając do anegdoty...
MMPX wyłożył mi rzecz wydawałoby się oczywistą - sprzedawalność kolekcji w znacznym stopniu jest warunkowana tym, czy jakaś gwiazda pojawi się publicznie w ubraniu z daną metką. Gwiazdy z kolei poznają polskie marki głównie na pokazach, na które są zapraszane.
Pokazach w WARSZAWIE, bo pani Y z serialu Z nie ruszy się przecież do jakiejś tam Łodzi, żeby przez 20 minut popatrzeć na szmaty. Nadmienił też, że FW w jego obecnej formie nadaje się znakomicie na debiut - marki z potencjałem wypływają, odcinając się od przeciętniactwa reszty, aby pożeglować samodzielnie na szersze wody (że zostanę w metaforyce morskiej), a feszynłikowe szaraczki powracają do Łodzi raz za razem bez większego odzewu.
MMPX uważał również, że projektanci z potencjałem zasługują na odrębne publikacje, a nie trzy zdania na przysłowiowy krzyż (cokolwiek ten frazeologizm ma znaczyć) i wzmiankowanie w 'gronie najlepszych', do którego zmusza recenzentów konieczność oceny niemal 50 różnych kolekcji i to widzianych na przestrzeni czterech dni.
Rok temu kłóciłabym się (haha, de facto to nawet nie 'bym', a 'się'), ale teraz zgadzam się całkowicie.
Skład projektancki do którego przyzwyczaiła nas Łódź powoli mizernieje, z marek nie-debiutujących i reprezentujących wysoki poziom pozostali już w zasadzie głównie łódzcy projektanci, lokalność bardzo sobie ceniący (mój tegoroczny faworyt - MMC Studio, czy Agata Wojtkiewicz), albo marki, które ubieranie sławnych i/lub bogatych mają w tzw. głębokim poważaniu (niezawodne NENUKKO).
Nie bolałby mnie aż tak bardzo 'okołodebiutancki' charakter jaki przybiera impreza, gdyby nie złudne wybory komisji werefikującej projektantów, która odrzuciła np. Maldorora, tworzącego w polskiej modzie narrację odrębną i bardzo wartościową, na rzecz marek takich jak Sofia French (swoją drogą, czy można nazwać firmę bardziej pretensjonalnie?).
Przed FW jeden z moich znajomych udostępnił na fb jej fanpage z kilkunastoma zaledwie fanami i komentarzem, że teraz Łódź postanowiła na promocję nikomu nieznanych. 'No i świetnie' pomyślałam.
W niemal dwa tygodnie od zakończenia imprezy, kiedy fanpage wyżej wspomnianej marki zebrał całeee 23 lajki mam wrażenie, że niektórzy nieznani powinni takimi pozostać, a komisja przed wyborem projektantów przedyskutować założenia.
Słyszałam też głosy, że w Polsce nie ma aż tylu dobrych projektantów, aby zapełnić pokazami cztery dni i że 'kogoś trzeba przecież wybrać'. Straszne pierdolenie. Kto powiedział, że polski FW musi trwać 4 dni?
Że 4 dni to i tak nie tydzień i przy 3 dniach byłoby śmiesznie tytułować imprezę słowem 'week'?
Cóż, można by przecież kończyć pokazy o 20, a tym samym zlikwidować łącznie osiem najgorszych pokazów i nie katować widzów modelkami przyobleczonymi w nijakość, brak pomysłów i złe wykończenia.
TO BE CONTINUED...
(następnym razem litania skarg i zażaleń szczegółowych i kilka ochoachów)
_________________________________________________________________
Słówko na temat zdjęć - standardowo moje, niestety wybiórczo pokazujące co-i-jak, bo a to bateria padała, a to nadgarstek od ciężaru się koślawił, a to miejsce z widocznością zero. Zostaję przy nich, bo szczeniacko wierzę, że blogi to żadne tam 'witryny' do cyferek i wygrywania mydła i powidła, a personalizacja internetu, więc dziś moje w pełni spersonalizowane niskie umiejętności techniczne.
































