wtorek, 30 kwietnia 2013

fashion kotlety

Kas Kryst
 COCOON dla Carlo Rossi (cokolwiek zacz), nadmienię jednak, że suknia z prawdziwych płatków róż robi wrażenie (i wizualne i zapachowe)
piękna osoba, piękna stylówka
jedna z moich ulubionych sylwetek tegorocznej edycji (Agnieszka Orlińska)
NENUKKO detail
Wojtek Haratyk
Project ZOA detail
NICK-NACK
Sofia French
Berenika Czarnota
Ewa Szabatin (a nienie, przepraszam, marka SHABATIN)
Kas Kryst (skoro już popadłam w punktowanie moich ulubionych looków, to modelka z przodu prezentuje kolejny z nich)
Wojtek Haratyk detail
NENUKKO
 Z pokazu Agaty Wojtkiewicz ostały się jedynie zdjęcia nóg, propsy za ujednolicenie obuwia
Pani o której nie wiem do końca co myśleć, jednocześnie i hot i not. Tzn. obserwowałam ją dni trzy i do przebierańców się z pewnością nie zaliczała, ale stylówki na 'polską Tamilkę' trochę nie kupuję.
Klaudia Kozik w tym sezonie bezsprzecznie wygrywa plebiscyt na najlepszą modelkę FW (tutaj w sukience z kolekcji Agnieszki Orlińskiej)
Barto Rebell, którego czapki HI MOM opanowały głowy stołecznej dzieciarni ogląda pokaz Jarosława Juźwina z miną wyrażającą 'umiarkowane zaciekawienie'
NENUKKO (nosiłabym!)
Trochę żenady z niedzielnego poranka, czyli Project ZOA, plus paskudne tatu
Dziecko patrzy na kolekcję Wioli Wołczyńskiej, Helena patrzy na dziecko, bo kolekcja to odgrzany kotlet. Ładny, ale świeżości niepierwszej.
Berenika Czarnota
zdzierżalny poziom przebrania
Agnieszka Orlińska
NENUKKO detail
(groteskowy model w groteskowej Shabatin, a w tle redaktor Zaczyński przeżywający kryzys egzystencjalny, jest uroczutko)
W ramach off-topu i zejścia z tonu 'jestę recenzętką' mój niedoszły oraz nietknięty piątkowy obiad. Było to bolesne doświadczenie, ale wierzę, że cierpienie mnie uszlachetniło i uwrażliwiło na modę (minus fakt, że pokaz TOMAOTOMO spędziłam stojąc w kolejeczce).
jak widać NENUKKO
Jeśli ze względu na nieprzystawalność poszczególnych elementów macie problemy z rozpoznaniem tragicznym to podpowiadam, że jegomość w czapce z tygrysem to Michał Witkowski (tak, TEN Michał Witkowski, Michał Witkowski PISARZ). 
Bonusowo ciekawa scenka rodzajowa - Pan Elegant podejrzewa, że robię zdjęcie jemu (wolne żarty), więc jednocześnie pręży się do zdjęcia i demonstruje fashion grymas mający wyrażać dystans, cynizm, sarkazm i inne nudne słowa, którymi warto się obecnie legitymować.
NENUKKO
Wiola Wołczyńska



Miałam zacząć standardowo - jakiś nieśmieszno-uszczypliwy dowcip i prymitywnie bloggerska klasyfikacja na 'podobao' oraz 'niepodobao'. Potem trochę o butach (lepszych niż zazwyczaj) i modelkach (skandalicznie nijakich, źle chodzących i nieujednoliconych jeśli chodzi o budowę ciała) i jakoś bym ten post, mimo umiarkowanego zapału, w końcu wysmarowała.

Ale tak sobie pomyślałam, że niech kowal konie podkuwa, bartnik pszczoły hoduje (to on je hodował, no nie?), dziennikarze modowi niechże recenzują pokazy, a ja - niewydarzona studentka i zmienno-czasowa entuzjastka mody pokażę paluchem tłustym, upierścienionym problemy z jakimi niewątpliwie zmaga obecnie łódzka impreza. 
Problemy nie tylko natury, że się tak pretensjonalnie wyrażę 'artystycznej', bo one, jeśli chodzi o promocję polskiej mody zawsze były drugorzędne (wystarczy spojrzeć na projektantów odnoszących sukcesy komercyjne), ale przede wszystkim związane z kierunkiem w którym dryfuje FashionPhilosophy.
Pierwszy raz byłam na polskim Fashion Weeku w październiku 2011, na pamiętnej piątej edycji, a tym samym na ostatnich pokazach w Łodzi takich marek jak ZuoCorp, Joanna Klimas, czy BOHOBOCO.
Mimo, że ówczesna organizacja imprezy leżała i kwiczała (no ok, będę elegancka, nie 'kwiczała', acz 'wołała o pomstę do nieba') o imprezie było głośno. Naprawdę głośno. Każda szanująca się stacja telewizyjna, rozgłośnia radiowa i przeróżne czasopisma (bynajmniej nie tylko te branżowe) poświęciły FW sporo miejsca/czasu antenowego. 
Z kolei przeglądając tajny segregatorek Designer's Avenue, w którym gromadzimy każdorazowo zdjęcia gości, którzy potwierdzili przybycie, wszyscy łapaliśmy się za głowę wydając nieartykułowane słowa z rodzaju 'ooouu' i 'eeehh', tyle bogactwa i sławy postanowiło olśnić Łódź.
Z sezonu na sezon objętość segregatorka topnieje. A odkrycie w nim postaci, którą czytelnicy Pudelka kojarzą jako 'chomika', tudzież 'narzeczonego Joli Rutowicz' zabiło jak dla mnie pewną epokę FashionPhilosophy, imprezy którą w jej początkach odwiedzali Kenzo Takada, czy Agatha Ruiz de la Prada.

Obecnie FW znajduje się lata świetlne od miejsca w którym był trzy sezony temu, drobne zmiany (m.in. zapowiadanie pokazów przez głośniki, czy trzy wejścia na salę pokazową, zamiast jednego) usprawniły funkcjonowanie całości, ekipa pracująca przy produkcji ukonstytuowała się i nabrała doświadczenia (bo nie oszukujmy się, w Polsce było wcześniej zaledwie kilka osób mających jakiekolwiek pojęcie o robieni eventów scentrowanych na modę, w tym momencie jest ich już kilkadziesiąt).
Wszystkie ulepszenia nie powstrzymały jednak powoli jątrzącego w środowisku czarnego PRu eventu, który skutecznie odstręczył od imprezy poważniejszych gości i spowodował, że z edycji na edycję do Łodzi przybywa coraz mniej dziennikarzy i znanych nazwisk, (gwarantujących swoją obecnością rozgłos), a coraz więcej wszelkiej maści pajaców i nieznanych nikomu bloggerek i bloggerów.
Dodam złośliwie, że obie grupy zajmują się przede wszystkim rozglądaniem się za wymierzonymi w nie obiektywami, opcjonalnie kręceniem loczków i rzęs na imprezy (nie bez przyczyny przed szumnie zapowiadanym afterem K MAGa, sala pokazowa zaczęła wyludniać się już około 19, mimo, że ostatni pokaz był o 22).

Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę mówiła negatywnie o FashionPhilosophy, niezależnie od tego jak padnięta i zirytowana nie wróciłabym tym razem, bo przez takich małych malkontentów jak ja, FW z wydarzenia, którego nie można przegapić, ulegał stopniowej, acz nieodwracalnej dewaluacji.
Pluć można, ale nie warto, bo nie ma (i podejrzewam też, że nie będzie) drugiej tak profesjonalnej i względnie dostępnej imprezy modowej w Polsce.

Czas na niezbyt chlubną anegdotkę.
Jakiś czas po powrocie z Łodzi w kwietniu roku pańskiego 2012 natknęłam się w mieście stołecznym, w środku nocy na młodego-polskiego-projektanta X.
Młody-polski-projektant X był podobnie zalany jak i ja (to ta zapowiadana niechlubność), na co wskazywał jasno fakt, że stał i mówił bardzo średnio.
Młody-polski-projektant X (dla ułatwienia sobie opowieści, odtąd będę go tytułowała kryptonimem MPPX) został przywitany z należnymi hołdami, a następnie wzięty w krzyżowy ogień pytań, w których pełno było wyrzutów z gatunku 'jak można rezygnować z wspierania swoim nazwiskiem takiej imprezy' / 'jak FW ma się rozwijać, skoro wszyscy wypromowani tam w końcu kopią tę imprezę w dupę' i innych mniej, bądź bardziej maniakalnych uwag.
Rok temu z bliżej niejasnych dla mnie powodów miałam dość idealistyczne podejście do rozwoju mody w Polsce. Sądziłam naiwnie, że z łódzkiego FW z odrobiną dobrych chęci wszystkich zainteresowanych i masą ciężkiej pracy da się z czasem zrobić event na miarę Paris Fashion Week.
Nie miałam na myśli tego nakładu środków i tej rangi, tylko raczej wspólną platformę, która pozwalałaby pokazać kolekcje wszystkich projektantów w jednym miejscu i jednym czasie.
Przede wszystkim, aby dać płaszczyznę porównania, o której nie może być mowy, przy pokazach rozrzuconych w czasie po Warszawie i innych miastach. Obok siebie pokazy Ewy Minge i Muffin Wear, Macieja Zienia i Maldorora, tworzące prawdziwy i złożony obraz polskiej mody, a nie jego namiastkę jaką stanowi FashionPhilosophy w obecnym kształcie.

Piękna wizja. No ale wracając do anegdoty...
MMPX wyłożył mi rzecz wydawałoby się oczywistą - sprzedawalność kolekcji w znacznym stopniu jest warunkowana tym, czy jakaś gwiazda pojawi się publicznie w ubraniu z daną metką. Gwiazdy z kolei poznają polskie marki głównie na pokazach, na które są zapraszane.
Pokazach w WARSZAWIE, bo pani Y z serialu Z nie ruszy się przecież do jakiejś tam Łodzi, żeby przez 20 minut popatrzeć na szmaty. Nadmienił też, że FW w jego obecnej formie nadaje się znakomicie na debiut - marki z potencjałem wypływają, odcinając się od przeciętniactwa reszty, aby pożeglować samodzielnie na szersze wody (że zostanę w metaforyce morskiej), a feszynłikowe szaraczki powracają do Łodzi raz za razem bez większego odzewu.

MMPX uważał również, że projektanci z potencjałem zasługują na odrębne publikacje, a nie trzy zdania na przysłowiowy krzyż (cokolwiek ten frazeologizm ma znaczyć) i wzmiankowanie w 'gronie najlepszych', do którego zmusza recenzentów konieczność oceny niemal 50 różnych kolekcji i to widzianych na przestrzeni czterech dni.
Rok temu kłóciłabym się (haha, de facto to nawet nie 'bym', a 'się'), ale teraz zgadzam się całkowicie.

Skład projektancki do którego przyzwyczaiła nas Łódź powoli mizernieje, z marek nie-debiutujących i reprezentujących wysoki poziom pozostali już w zasadzie głównie łódzcy projektanci, lokalność bardzo sobie ceniący (mój tegoroczny faworyt - MMC Studio, czy Agata Wojtkiewicz), albo marki, które ubieranie sławnych i/lub bogatych mają w tzw. głębokim poważaniu (niezawodne NENUKKO).
Nie bolałby mnie aż tak bardzo 'okołodebiutancki' charakter jaki przybiera impreza, gdyby nie złudne wybory komisji werefikującej projektantów, która odrzuciła np. Maldorora, tworzącego w polskiej modzie narrację odrębną i bardzo wartościową, na rzecz marek takich jak Sofia French (swoją drogą, czy można nazwać firmę bardziej pretensjonalnie?).
Przed FW jeden z moich znajomych udostępnił na fb jej fanpage z kilkunastoma zaledwie fanami i komentarzem, że teraz Łódź postanowiła na promocję nikomu nieznanych. 'No i świetnie' pomyślałam.
W niemal dwa tygodnie od zakończenia imprezy, kiedy fanpage wyżej wspomnianej marki zebrał całeee 23 lajki mam wrażenie, że niektórzy nieznani powinni takimi pozostać, a komisja przed wyborem projektantów przedyskutować założenia.

Słyszałam też głosy, że w Polsce nie ma aż tylu dobrych projektantów, aby zapełnić pokazami cztery dni i że 'kogoś trzeba przecież wybrać'. Straszne pierdolenie. Kto powiedział, że polski FW musi trwać 4 dni?
Że 4 dni to i tak nie tydzień i przy 3 dniach byłoby śmiesznie tytułować imprezę słowem 'week'?
Cóż, można by przecież kończyć pokazy o 20, a tym samym zlikwidować łącznie osiem najgorszych pokazów i nie katować widzów modelkami przyobleczonymi w nijakość, brak pomysłów i złe wykończenia.

TO BE CONTINUED...
(następnym razem litania skarg i zażaleń szczegółowych i kilka ochoachów)

_________________________________________________________________
Słówko na temat zdjęć - standardowo moje, niestety wybiórczo pokazujące co-i-jak, bo a to bateria padała, a to nadgarstek od ciężaru się koślawił, a to miejsce z widocznością zero. Zostaję przy nich, bo szczeniacko wierzę, że blogi to żadne tam 'witryny' do cyferek i wygrywania mydła i powidła, a personalizacja internetu, więc dziś moje w pełni spersonalizowane niskie umiejętności techniczne.

niedziela, 14 kwietnia 2013

fatty boom boom


zdjęcia Malexandra


sukienka - COS, buty - TopShop, ponczo - Reserved, naszyjnik - H&M, czapka - lump i wszy, puchówka - Massimo Dutti (taa, wiem, że widać tu tylko jakieś 10% rękawa, ale wymienienie jej ma zaznaczać, że jeszcze nie jestem potrójną kobietą i to tylko puch gęsi mnie wypchał bocznie)


Jeśli chodzi o żenujące tytuły postów właśnie wzbiłam się na wyżyny. Każda szanująca się bloggerka miała kiedyś jakiś tytuł z Die Antwoord, zespołu, który przed pojawieniem się w Late Show Lettermana i występem w Poznaniu podczas Euro był delikatnie mówiąc 'niezbyt popularny' i to 'popularny' w rozumieniu 'lubiany'. Znany zresztą też nie był.
Nic nie poradzę, że jako człowiek o mentalności zgoła dziewiętnastowiecznej za każdym razem, kiedy widzę się na zdjęciach, dziwi mnie jak wyglądam i cisną mi się na usta różne dziwaczne określenia z gatunku 'sraczkowaty beczkowóz', albo 'zastraszony mrówkojad'. Tym razem pierwszym co przyszło mi do głowy było właśnie 'fatty bumbum'. Z naciskiem na 'fatty'.

Po raz kolejny przeczekałam mrozy obserwując stoicko marniejące statystyki i wytoczyłam się na zewnętrze prawie o dychę cięższa (taa, wiem, że nie widać AŻ TAK, od czegoś się w końcu bawię w te ciuchy, co nie?). Średnio szczupły wygląd w mojej ulubionej sukience na sztuczną szczzupłość przypomniał mi o istnieniu Agnieszki G., a ściślej rzecz biorąc o jej niekonwencjonalnej metodzie radzenia sobie z dodatkowymi kilogramami.

Agnieszka była moją koleżanką z podstawówki (chociaż angielskie słówko classmate byłoby tu jednak bardziej adekwatne). Trochę się nią fascynowaliśmy, a trochę się jej baliśmy, bo mając lat 9 mierzyła 165 cm, ważyła zapewne niewiele mniej i nie zdała dwa razy pod kolej w pierwszej klasie.
Do trzeciej klasy sporadycznie jej dokuczałyśmy, śmiejąc się z niepostępującej umiejętności czytania, zjawiskowej dysgrafii i oczywiście monstrualnych rozmiarów (pamiętajcie, że okolice roku 2000 nie obfitowały jeszcze w otyłość wśród dzieci).
Odpuściliśmy jej kiedy pani B., ucząca matematyki w klasach IV-VI zaczęła pastwić się nad Agnieszką z zaciekłością i okrucieństwem, mogącymi cechować tylko prowincjonalną nauczycielkę, która zębami i pazurami wybiła się z biedy i robotniczej rodziny, żeby w przyszłości tępić to, co było jej genetycznym przeznaczeniem.
Niedługo potem, względnie już akceptowana Agnieszka urządziła urodziny na których główną atrakcją nie był tort, ani nawet konkursy z nagrodami, tylko czerwone stringi jej starszej siostry, które pokazywała nam w sekrecie w łazience. Ta sama siostra doradziła w pół roku później dojrzewającej Agnieszce, aby oblekała swoją tuszę w możliwie najbardziej przylegające stroje, bo w luźnych ubraniach wygląda się niekobieco i jeszcze grubiej. Agnieszka zaczęła więc obciskać się możliwie najszczelniej, co sprowadziło na nią jeszcze większą niechęć tzw. ciała pedagogicznego, oraz nobilitowało chłopakiem z pierwszej zawodowej, imieniem Krystian, profil mechanika samochodowa.
Co mają pierniki do wiatraków, pięści do nosa i Agnieszka, której nie widziałam od lat 9 do tego posta?
Chyba chodzi o prostą konkluzję, że luźne kroje niekoniecznie wychudzają oraz moją pamięć słonicy i dziwne skojarzenia. Wybaczcie.

Oglądałam ostatnio foteczki znajomych z imprezy, wzorowanej na innym evencie - kultowym, londyńskim i spełniającym szlachetne założenia 'fashion for the masses' (taa, chodzi o Warsaw Fashion Weekend i pierwowzór jakim jest London Fashion Weekend).
Miałam nieprzyjemność uczestniczyć w zeszłorocznej edycji (ha, po kwadransie na Mińskiej schowałam aparat do torby stwierdzając, że trochę szacunku dla was i dla mnie, relacji z takich gównianych eventów robić nie muszę).
Jeśli miałabym jakkolwiek zdiagnozować to śmieszne wydarzenie, powiedziałabym, że jest to event, z którego organizatorzy chcą wyciągnąć jak najwięcej hajsu (dla kontrastu pozwolę sobie nadmienić, że Irmina Kubiak i Jacek Kłak, pomysłodawcy i organizatorzy FashionPhilosophy zrobili pierwszą edycję wkładając w imprezę całe oszczędności i ryzykując bezpieczeństwo finansowe swoich rodzin i tę różnicę między 'pracą dla idei' i 'pracą dla forsy' dostrzeże nawet obserwator umiarkowanie wnikliwy).
Warsaw Fashion Weekend to wydarzenie, w którym biorą udział projektanci za mało znani i przebojowi, żeby pozyskać sponsorów na pokaz prywatny i reprezentujący za niski poziom artystyczny i/lub wykończeniowy, żeby mieć szansę przejść przez selekcję na łódzki FW. Czyli bieda. Prócz biedy dużo zajaranych (niestety głównie sobą) bachorów i trochę średnio-ligowych marek streetstyle'owych.
W przerwach od zdychania z zażenowania obrazami rozpaczy z wyżej wspomnianej imprezy (a może bardziej ze smutku, bo wchodzę chyba w ten poważny okres, kiedy więcej mnie smuci, niż żenuje), pogłębiłam swoją niegdysiejszą rozkminę o rozróżnieniu na 'bezguście' i 'zły gust', które niestety są w Polsce pojmowane synonimicznie.

Zły gust rozumiałabym jak całkowity brak poczucia estetyki, zamiłowanie do rzeczy źle (przypadkowo) zestawionych, tandetnych, złej jakości. Egzemplifikacją naszego narodowego, delikatnie mówiąc nie-powalającego smaku niechże będą sławne zdjęcia ze strony Faszynfromraszyn , albo siląc się na ucieczkę z około-modowego monotematyzmu POLISH ARKITEKCZER, czy Polska szkoła dizajnu.

Dobrego gustu nie wygrywa się na loterii, to wypadkowa tego co nas otacza na co dzień (cóż, Polsza to nie jest jednak topten ładnych miast i krajobrazów), tego jak mieszkamy, co oglądaliśmy i oglądamy w gazetach, kinach, telewizji i internetach, a nade wszystko tego jaki gust mają Mama i Papa, ale też Baba, Dziadzia i nasi znajomi (tak, wciąż bardzo mocno wierzę w genetyczn wróżby, bo mi się raz za razem sprawdzają na karku tzw.).
Zły gust Polaków można oczywiście tłumaczyć latami komuny, a więc trudnością ze zdobyciem rzeczy ładnych i porządnych, ale chyba trafniej byłoby obwinić potransformacyjny boom na 'zachodnie bogactwo', upostaciowione początkowo jedynie połyskliwą sklejką, oksydowanymi gałkami i morzem plastiku, a także lycrą i odblaskowymi barwnikami.

Czym jest zatem brak gustu (jak mówiłam bynajmniej nietożsamy z gustem złym)?
Swoistym zbiorowym, średnio wysublimowanym i ujednoliconym poczuciem estetyki, charakterystycznym dla bogacącej się klasy średniej z dużych miast.
Tutaj jednym z przykładów może być estetyka popularyzowana przez brandy takie jak LOCAL HEROES, czy MSBH (żeby nie było - prywatnie kibicuję dziewczynom i hmm, czuję nawet rodzaj lokalnej dumy z ich sukcesu, co nie zmienia faktu, że służą jako perfekcyjny przykład).
Rzeczy obiektywnie nie-najładniejsze i nie-najmodniejsze (przy modzie rozumianej jako zjawisko artystyczne, ergo to co działo się wybiegach na przestrzeni kilku ostatnich sezonów, a nie zjawisko społeczne, czyli to jak chodzi 'ulica'), które jednak mają się świetnie i współtworzą styl polskich ulic.
Ciuchy tego typu można zdefiniować jako 'fajne', ale z pewnością nie jako wysokojakościowe, czy 'śliczne'. Bezguście noszących polega więc na kopiowaniu nieestetycznego, ale powszechnie akceptowanego (a w niektórych kręgach zapewne także podziwianego) wzorca wyglądu.
Inny przykład - dziewczyna kupuje sobie torebkę stylizowaną na vintage, powiedzmy listonoszkę, niebieską w czerwone kropki z karmelowymi wykończeniami. Obiektywnie brzydką i złej jakości, nieobiektywnie fajną i wedle określonej grupy także 'modną', brak gustu przejawia się w wyborze podyktowanym tendencją, nie oceną rzeczywistej urody i jakości.

(O matko wpadłam właśnie na pięknie kuriozalne porównanie. Możecie rżeć do woli, na zdrowie, myślę, że jest nader trafne) - O starogreckiej rzeźbie nie da się powiedzieć, że jest brzydka. Niekoniecznie chcielibyśmy mieć coś takiego przy kominku, albo w ogrodzie, ale piękna nie jesteśmy jej w stanie odmówić. Podobnie ma się sprawa z gustownymi rzeczami - mogą być z różnych rejestrów elegancji, właściwie z dowolnej dekady ostatniego dwustulecia, a i tak będą się nam podobały.
Z ładnymi ubraniami, których właścicielom nie da się zarzucić owego ujednolicającego braku gustu, jest trochę tak, że są bezwzględnie ponadczasowe.
Zerknijcie sobie np. tutaj  (to 'np. tutaj', bo jestem krypto patriotką), późne lata '90, któż by przypuszczał.
Do pewnych estetycznych wyborów po prostu się dochodzi, o ile zwraca się na tę ekhmm 'sferę' uwagę. W liceum chodziłam w rzeczach obiektywnie tak złych (może nawet nie tyle estetycznie, co materiałowo), że umarłabym ze wstydu (hehe i z przegrzania), gdybym miała łazić dalej taka poliestrowo-skajowa.

Na wiosnę (a właściwie to i na życie, ale o wiośnie wypada napomknąć, skoro wszyscy tacy zajarani) życzyłabym sobie i wam mniej nietrafionych garderobianych wyborów. Żebyśmy pokoleniowo wyrośli nie tylko z polaczkowego złego gustu, ale także z gustu braku, co w przeciwieństwie do pierwszego jest nielada wyczynem (no i zrobiło się jakoś tak paskudnie świątecznie, uch).

Ukłony w pas!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Superanckie bajery, bajeranckie supery vol.2


American Girls, Ilona Szwarc

Nie lubię Kimona. Dość mocno. Portalu, nie że tej japońskiej sz(m)aty. 
Dlaczego? Bo perfekcyjnie chrzani robotę w rzetelnym informowaniu społeczeństwa i okolicznych o polskiej modzie, którą odwalają Ultra Żurnal i Lamode.info. 
Jest czymś w rodzaju ukierunkowanego na ciuchy Pudelka - sztucznie rozdmuchane skandaliki, trochę niesmacznych kryptoreklam i autopromocja pani redaktorki naczelnej. 
Niemniej czasami zdarza mi się tam zawitać (najczęściej, kiedy Ams każe mi coś obczaić/ktoś linkuje Kimono na fb). 
Tym właśnie sposobem trafiłam na fenomenalną serię American Girls autorstwa naszej tzw. rodaczki imieniem Szwarc Ilona, która miała na tyle przysłowiowego oleju w głowie, żeby nie kisić się w Warszawie, tylko ruszyć w świat (w tym wypadku świat jest reprezentowany przez NY). 
Co więcej, Kimono napisało o niej zanim została laureatką III miejsca w konkursie World Press Photo w kategorii People - Observed Portraits, singles i na długo przed tym jak moja ulubiona gazetka, tj. Wysokie Obcasy postanowiła dać Ilonie (czy raczej jej zdjęciu) okładkę.

Seria pokazuje fenomen lalek American Girls, które w założeniu miały być opozycją nienaturalnie wychudzonej i naturalnie wylaszczonej Barbie, a stają się (przynajmniej w moim odczuciu) przyczynkiem psychoterapii wielu przyszłych kobiet. 
Lalę z serii można dobrać do swojego typu urody (czy też raczej pigmentacji, bo rysy jej twarzy pozostają niezmienne), tworząc swoją miniaturową kopię. Ponadto strona pozwala na zamówienie kompletów ubrań - identycznych dla dziewczynki i jej lalki, a nawet wózka inwalidzkiego (sic!), czy lalki z łysą głową (ponoć skierowanej do dziewcząt przechodzących chemioterapię).
Seria zdjęć Ilony pokazuje lalki i ich właścicielki w ich naturalnym otoczeniu i tworzy historie, co we współczesnej fotografii wbrew pozorom nie jest częste. Obecnie zdjęcia nie muszą być już ciekawe, muszą za to być 'fajne'. Foto paprotki i fikusa na tle boazerii? 'Ziarno' tak duże, że niemal nie wiadomo co zdjęcie przedstawia? Eloelo520! Jesteśmy tacy super, a to praw-dzi-wa sztuka, hipster stajl, sztuczna nostalgia itepe.
W zeszłym miesiącu pisząc o fotografiach Sebastiana użyłam przymiotnika 'hipnotyczny'. 
Cóż, zdjęcia Ilony Szwarc określiłabym identycznie - są hipnotyczne. Z każdym kolejnym masz ochotę zobaczyć następne. W pewnym sensie dowiedzieć się 'co dalej'.

Zamknę się już, bo Superanckie bajery, bajeranckie supery miały służyć chwaleniu, a nie wylewaniu moich żalów odnośnie świata zewnętrznego.
W każdym razie wszystkie zdjęcia ze wspomnianej serii możecie obejrzeć TUTAJ (zwycięskie nosi tytuł Kayla). 
Zdaję sobie sprawę, że pewnie większość z was już je kojarzy, bo ociągałam się z niniejszym postem dobry miesiąc, ale myślę, że warto o nich wspomnieć nawet jeśli miałyby być odkryciem dla jednej osoby.


Herschel Supply Co.

Ten cud natury to plecaczek Herschela. Czyli takiego jakby Levisa w świecie plecaków.
Firma superamerykańska i hiperporządna, ale u nas niestety niedostępna (model powyższy możne być wasz via ebay za jedyne 510 złotych polskich, pozdrawiam).
Mętnie kojarzyłam rzeczy z metką Herschela od zarania dziejów, głównie ze skejtami. Potem wraz z pierwszą falą mody na tornistry głowiłam się nad czymś z ich okrojonego asortymentu dostępnego na Asosie, ale dopiero wraz z tegorocznymi poniedziałkami pt. 9.45 - 20.00 bez okienek (kurwa) poczułam palącą potrzebę posiadania plecaka nie będącego kolorowym gównem ze skajowymi elementami z River Island/męskiego H&M.
Poza tym, że wszystko jest piękne i kultowe, Herschel poraża możliwością wyboru (sprawdźcie sami TUTAJ). Nie pasują beżowe wstawki? Spoko, są też czarne i szare. Nie potrzeba wam 70 litrow? Są jeszcze identolo, tyle, że na litrów 50.
Także jeśli szukacie plecaka i macie dojścia w US&A/ nie razi was wywalenie pięciu stów (tym bardziej, jeśli stanowią ułamek ceny wyjściowej powielony przez odległość i zakupy przez internet) Herschel Supply Co. wygrywa. Bez dwóch zdań.
 
Płód literacki

 „HIV“

Bez zabezpieczenia tatuś wziął cię w toalecie
Teraz w łonie nosisz zakażone dziecię
W moich żyłach wirus niczym wstrętna żmija
Powoli jak ślimak me ciało zabija
Ja jednak przetrwam – dam tacie nauczkę
Utopię w sedesie i nacisnę spłuczkę
Wtedy bohaterem zostanę Europy
A papież Franciszek obmyje mi stopy


Ku mojemu ubolewaniu, żeby unaocznić fenomen Płodu Literackiego muszę wprowadzić tzw. kontekst.  
A konteksty ssą. Jak głupie przedmioty na głupich studiach i głupie studia na głupim Uniwersytecie. Tam też wiecznie obecny jest kontekst wszystkiego we wszystkim.

Otóż istnieje gatunek ekhmm 'poetycki', czy też raczej grupa tematyczna poezji (rymowanek), która agituje przeciw aborcji w dość specyficzny sposób. Poeci i poetki przybierają tzw. maskę liryczną nienarodzonego płodu, który gada do mamusi, żeby TEGO nie robiła, tudzież opisują swój eee...płodzi ból i cierpienie podczas-aborcyjne. Średnia wieku piszących - 15 lat, średnia wieku 'maski lirycznej'  - 15 tydzień.
W założeniu to twórczość dość psychodeliczna (piszesz wiersz rymowany tzw. Częstochową wczuwając się w podzieloną komórkę jajową, na Boga!), ale jakoś niewielu działaczy skrajnej prawicy widzi w tym coś dziwnego.
Chętnie bym wam podlinkowała wesołe blogaski zaplutych dzieci reakcji, ale się boję tego nazi portalu, gdzie dają namiary na 'feministyczne kurwy', 'żydowskich pedziów' i innych WROGÓW NARODU, bo ktoś mnie jeszcze doda i dostanę w zęby.

W każdym razie jedna z moich koleżanś ze studiów, stary lewak i najlepsze nogi jakie znam, postanowiła stworzyć fanpage bezwzględnie kpiący z tegoż nurtu. Wyszło jej pierwszorzędnie, w znacznej części za sprawą leitmotivów każdego wiersza (Rosja/Tłusty czwartek/Masoneria itepe).
Jeśli nie lubicie hołoty, która z braku zajęć w wolnych chwilach pasjonuje się domniemaną obroną 'życia', sprowadzającą się do plucia nienawiścią na tzw. bliźnich i macie choć odrobinę czarne poczucie humory (akceptacja estetyki gore też w sumie byłaby wskazana), koniecznie poczytajcie wytwory Płodu literackiego na facebooku.

 ,,Klinika bezpłodności''

 Czy słyszysz jęk zamrożonych zarodków,
Niczym smutne kwilenie uwięzionych kotków?
Czy czujesz zimno kłujące ich ciałka,
Których nie ogrzeje żebracza zapałka?
Klinika bezpłodności
Nasze miejsce kaźni
W lodówkach nicości
Otchłań krwawej jaźni

Założyłam sobie, że cykl z bajerami i superami ma być gdzieś w połowie drogi miedzy chamską popkulturą i oczywistościami, a alternatywą i moimi czasem dość dziwnymi gustami.
Tak więc polecane knajpy nie mogą być ani z gatunku Atelier Amaro (haha, szybciej oddałabym całą forsę uprzykrzonym Rumunom, niż poszła tam nie za pieniądze Mamy i Papy), ani modnych miejscówek z dziesiątkami internetowych recenzji wszelkiej maści, jak choćby Socjal na Foksal.
Dlatego pomyślałam sobie jakiś czas temu, że wystarczająco bezpretensjonalne na potrzeby niniejszej serii i na tzw. studencką kieszeń będą Groole, knajpa na Śniadeckich, serwująca pieczone ziemniaki z różnymi dodatkami w rozsądnych cenach (tym bardziej, że jestem wielką miłośniczką swojskich kartofli i ich ekhmm przetwórstwa).
Tak się jednak składa, że Groole to jedzenie bardzobardzo kiepskie - miąższ ziemniaków jest zamieniany w tłustą breję, poprzez wymieszanie z masłem i serem bez nazwy i smaku, 'zupy' załączone do zestawów obiadowych często są z proszku, co nie jest już nawet żałosne, ale po prostu śmieszne. Fajny pomysł schrzaniony brakiem nadzoru kucharza i powierzeniu wszystkiego rąsiom niewprawnych studentów, którzy prywatnie też raczej nie gotują, a zalewają gorące kubki.

Z tymczasowego braku pomysłu na inne bezpretensjonalne gastro doszłam do pisania o Pomponie, miejsca dla ludzi z dzieciakami na Młynarskiej 13.
Przy-domowa kawiarnia była długi czas nieodłącznym elementem mojego durnego etosu miłego życia. Tak właśnie wlazłam na Pompon, co prawda do przy-domowości nieco mu brakuje, co nie zmienia faktu, że rzeczywiście mam tam blisko.
Jeśli nie przeszkadzają wam biegające i krzyczące dzieciaki, albo sami jesteście jakimś obdarzeni koniecznie powinniście tu wpaść. Oczywiście bez przesady z tymi krzykami, klientela jest miła dla oka oraz w tzw. obejściu, więc raczej młodocianych Allanków i Dżesik z gatunku dzieci, które wszyscy postronni mają ochotę kopnąć w autobusie tu nie uświadczymy.
Menu jest standardowe, ale zwykle z jakimś oryginalnym twistem (np. gnocchi z cukinią i kurczakiem, ALE dyniowe), co więcej dania lunchowe są sezonowe i zmieniają się co tydzień (menu jest update-owane na fb Pompona).
Podobno (no bo co ja tam wiem) wielkim plusem jest przemyślane menu dla dzieci - pomidorowa, placki z jabłkami, domowe nuggetsy i inne dania, które może nie powalają dorosłych, ale wszamie je każdy szanujący się sześciolatek.
Jeśli miałabym określić jakoś Pompon od strony kulinarnej powiedziałabym, że to jakby iść do znajomych, którzy świetnie gotują - wszystko jest w pewnym sensie domowe. Hmm, może minus sprawnie spolszczone elementy kuchni hinduskiej.
Pompon to nie tylko knajpa, ale też miejsce, gdzie możecie zapisać dzieci na zajęcia (plastyczne, chemiczne, francuski i wiele innych), czy udać się do minispa.
Jeśli chodzi o wystrój to warszawski standard - białe kafle, proste stoliki, wielkie menu napisane kredą, fantazyjnie pomalowane ściany (zwierzątka, las, całkiem milusie).
Co jednak ważniejsze restauracja jest bardzo przestrzenna, olbrzymi plus przy standardzie gastronomii w stolicy, gdzie trzeba (zwłaszcza zimą) nieźle manewrować między stolikami, żeby nie zwalić sąsiadom talerzy. Podobnie jak przeszklona witryna, która pozwala ograniczyć użycie sztucznego światła w lokalu do minimum (nie, nie jestem taka eko, po prostu nie cierpię źle doświetlonych z zewnątrz pomieszczeń).

strona Pompona
fb Pompona


Elixir Kultime Kerastase

Od czasu do czasu miewam te paskudne dni, kiedy pada mi bateria w ipadzie i jestem skazana na słuchanie ględzenia współpasażerów. Jakieś dwa miesiące temu jechałam z dwiema dziarskimi tipsiarkami, które dzieliły się wiedzą na temat przedłużania włosów, następnie dyskutowały ceny hologramowych lakierów do paznokci, a potem zapodały mi fantastyczny news (przygotujcie się koleżanki, bo to może złamać wam życieee) - JEDWAB NISZCZY WŁOSY.
Serio trochę to mną wstrząsnęło, tym bardziej, że się nim nacieram od jakichś dwóch lat. Oczywiście nie uwierzyłam tak od razu, chociaż perfekcja ich smokey eyes wskazywała jasno, że wiedzą o czym mówią. Pogrzebałam w internetach, zagadnęłam znajomego fryzjera i taa daa, straszna prawda wyszła na jaw - jedwab sprawia, że zniszczone włosy wyglądają jakby zniszczone wcale nie były, ale jednoczasowo je wysusza.
Alternatywą są wszelkiego typu olejki do włosów, wypróbowałam Mythic Oil Loreal, co dało mi wygląd trzynastolatki w środku fazy łojotokowej (paskudne słowo, wybaczcie), a potem zgłębiając babskie fora i uświadamiając sobie stopień swojego zaniedbania i zacofania dotarłam do Elixir Kultime Kerastase, kosmetyku bezwzględnie polecanego.
Jako że teraz z zasady 'bloggerzy uczą i bawią' nadszedł czas na smutną część 'uczą' powiem wam jeszcze jedną ciekawostkę, którą teoretycznie znają wszyscy absolwenci gimnazjum, ale nie tzw. wizażanki i inne lasie z forów beauty - raz zniszczone włosy (paznokcie zresztą też) się nie regenerują. Możecie spać w turbanie nasączonym oliwą z oliwek i pić olej rycynowy w każdą pełnię księżyca. Dlatego zarzucanie kosmetykowi, że nie 'naprawił' wam włosów (właściwie jedyny zarzut wobec Elixir Kultime, który wyszperałam) jest jak to się ładnie mawia out of question.
Co właściwie robi ten olejek? Cóż, po pierwsze sprawia, że nawet najbardziej zniszczone kudły będą lśniły i sprawiały pozory zadbanych włosów, poza tym (w przeciwieństwie do wspomnianego jedwabiu) zahamuje dalsze niszczenie włosów niezależnie od tego ile czasu dziennie katujecie się prostownicą i lokówką. Bonusowo ładnie pachnie. Naprawdę ładnie.
Minusem może być cena (ok. 120 zł), ale podobno przy codziennym stosowaniu olejek starcza na ponad rok (tako rzeką lasie z forum).

Mama mówi, że jak na taki obraz nędzy i rozpaczy (włosy na łydkach poza tzw. sezonem itepe) mam zadziwiająco dużo fetyszowatych przesądów związanych z pielęgnacją.
Kolejnym z nich są zadbane włosy - nie cierpię patrzeć na dziewczyny, które wyhodowały włosy w pas, ale elegancko ssianiałe i porozdwajane. Ale tak to jakoś jest w Polsce, że standardem 'kobiety zadbanej' będą opalone ramiona i perfekcyjny manicure, ale nie zdrowe włosy, bo w teorii atrakcyjniej mieć dwa kilo kłaków, niż fryzurę błyszczącą, ale krótką.

  
NANA

Taktak, NANA to anime jak ta lala.
Jeśli hejtujecie gatunek, to powiem, że w pełni was rozumiem, bo pół roku temu miałam dokładnie to samo. Uważałam je za jakąś podrzędną kategorię, która znajduje odbiorców wśród przegranych życiowo i zaszytych w pokoikach. Nie żebym ja była jakaś spektakularnie wygrana i out-going (hihi, nie mylić z 'outgoing'), ale chodzi o typ wyobrażenia o DZIWNEJ osobie. 

Historia jest banalna - w pociągu do Tokyo spotykają się dwie dziewczyny. Obie mają po 20 lat, noszą to same imię i obie przeprowadzają się (w mniejszym, bądź większym stopniu) przez facetów i żeby zmienić swoje dotychczasowe życie.
Dzięki splotowi przypadków zostają współlokatorkami. Jedna z nich jest wokalistką rockową, druga jest hmm...typową dziewczyną, której ekhmm 'dziewczyńskie' cechy zostają wyolbrzymione do granic możliwości. Nana przywiązuje wagę do rzeczy z gatunku pustej paczki papierosów zostawionej przez NIEGO (w jej życiu jest zasadniczo bardzo dużo 'nich'), spłukuje się doszczętnie na nowe ciuchy, czy szaleńczo kocha się w członku zespołu, którego plakat wisi nad jej łóżkiem
Fabuła jak na anime zadziwiająco życiowa, a co ważniejsze bardzo subtelnie poprowadzona. Byłam pod wrażeniem zwłaszcza przedstawienia zdrady jednego z bohaterów - początkowo biegł on z dziewczyną (taką tam ciotowatą Sachiko, nie, że z własną) na ostatni pociąg - pokazane zostały tylko ich buty. Ileś tam minut później, po innych wątkach i niedopowiedzianych rozmowach zamiast przedstawić zdradę w stylu KAWA NA ŁAWĘ, realizatorzy zostawiają widzów z finalnym kadrem odcinka przedstawiającym zrzucone niedbale buty bohaterów, które wcześniej zostały pokazane w scenie biegu na stację na tyle długo, że zostają natychmiast rozpoznane powtórnie. Piękna sugestia. Tj. wiecie - piękna jak piękna, ale w każdym razie bardzo efektowna.

Śmieszne jest też zamiłowanie bohaterów (zwłaszcza tych będących muzykami) do ciuchów i dodatków Vivienne Westwood, tym zabawniejsze, jeśli uświadomić sobie, że są narysowane (mówię ostatnio do dziecka Ewki, że patrzpatrz, ona ma naszyjnik VW, a ona za pięć minut przynosi mi bazgroł i mówi, że wszystkiego najlepszego, teraz i ja mam naszyjnik Vivienne, głupie poczucie humoru musi być chyba genetyczne).

Tym, co czyni serial wyjątkowym jest połączenie bardzo 'zachodniej' w gruncie rzeczy fabuły z typowym dla anime przedstawieniem reakcji emocjonalnych bohaterów (kojarzycie na pewno np. olbrzymie krople potu spływające z czoła, czy całkowitą zmianę kształtu oczu). Irytujące może być fakt, że przed jakieś dwadzieścia odcinków zespół rockowy Nany gra wciąż jedną i tę samą piosenkę (z fatalnie wymówionymi angielskimi wstawkami w japoński tekst, brzmi kuriozalnie).
NANA to rozrywka średnich lotów, ale bardzo odprężająca (sorry, nie mogę się naprawdę przejąć losami narysowanych dziewczynek), a przy tym całkiem wciągająca.
Podoba mi się też w miarę swobodne, całkowicie nie-japońskie przedstawienie seksualności, która zazwyczaj w anime jest sfetyszyzowana do granic możliwości. Widziałam kilka odcinków serii w której każda z bohaterek, była pokazywana od tzw. dupy strony (i nie jest to bynajmniej wulgarna przenośnia) - postaci były rysowane z dołu i właściwie można je było rozróżniać po kolorze i wzorze majtek.
Oglądanie 'bajki' (cóż, może jestem nieco zacofana, ale z tym przede wszystkim kojarzą mi się animacje), w której bohaterowie rozmawiają ze sobą tekstami z rodzaju 'pomyśli, że się puściłam', ma w sobie coś z guilty pleasure.

Jeśli mielibyście chęć obczaić co zacz, bez zawalania sobie komputerków, polecam polską stronę Anime Shinden. Wystarczy wejść w zakładkę 'lista anime online' i wybrać odpowiedni tytuł.

__________________________________________________________

Dawno mnie nie było, wybaczcie. Tak się jednak składa, że nie do końca mam koncepcję cóż z tym blogiem dalej począć, jako że wyginanie się do obiektywu nie jest moim ulubionym zajęciem (ha, a zimą to już w ogóle nie do wyobrażenia, nie wiem w imię czego te wszystkie nieszczęsne dziewczęta się obnażają i zaznaczają, że 'nie było im zimno').
Z kolei o książkach/filmach pisać bym mogła, ale na stałe nie będę, z tej prostej przyczyny, że sama blogów tego typu nienawidzę. Książki się czyta, filmy się ogląda. Amen.
Zostaje mi chyba tylko wypacanie się na tematy wszelakie, acz w obrębie 'szeroko pojęta estetyka'. Może nadejście wiosny mi coś tam rozjaśni. Hmm...

środa, 6 marca 2013

BOHOBOCO


„(...) eklektyczna mieszanka stylów największych światowych stolic mody” napisał w informacji prasowej dotyczącej nowej kolekcji duetu Lach-Owczarek wesoły PR-owiec, będący zapewne specem w swojej dziedzinie, ale chyba obserwatorem mało wnikliwym...

Bo jakkolwiek nowenna do wielkiej czwórcy w składzie Mediolan, Paryż, Londyn i Nowy Jork nieprzerwanie na stronie BOHOBOCO widnieje, to marka z tymi czterema miastami ma wspólnego relatywnie mało.
I jest to z mojej strony olbrzymi komplement. Projektanci nie oglądają się na to co w modzie najgorętsze (poza bardzo ogólnymi założeniami bez których żadna z marek nie może się obecnie obejść), tylko robią użytkową modę made in Warsaw (nazwa miasta widnieje zresztą w ich oficjalnym logo).

Po pokazie sporo było głosów, że nudy, że u Boho to zawsze to samo.
Poniekąd się zgadzam - wszystkie cztery kolekcje duetu są podobne jeśli chodzi o gamę kolorystyczną, czy sylwetki - zawsze kobiece, ale nigdy nieepatujące seksualnością (a zaprojektować ubrania łapiące się na te dwie kategorie i jednocześnie takie, którym daleko do infantylizmu, to w Polsce naprawdę rzadka sztuka, opanowana chyba tylko przez Joannę Klimas).
Dla mnie ta ciągłość, to przede wszystkim znamię stylu i spójnej wizji artystycznej. Rozpoznałabym projekty BOHOBOCO, niezależnie od sezonu, a np. z projektami bożyszcza żon właścicieli sieci stacji benzynowych w Kujawsko-Pomorskim, Macieja Zienia, czy tzw. Wolim, miałabym już pewien problem.

Warto zwrócić uwagę na urozmaicone, ale jednocześnie dość klasyczne 'koszulowe' kroje, zwłaszcza na tle innych pokazów polskich kreatorów, którzy zwykli szyć na jednym wykroju cztery warianty kolorystyczne i nazywać to kolekcją, tudzież drapować-drapować i jeszcze raz dra-po-wać zszywając tu i ówdzie swoje płachty (tak to ja się bawiłam swoim ulubionym ręcznikiem w kolorze morelowych z kwiatem hawajskim jak miałam lat pięć). Doceniam też grę z wysokością/widocznością talii w poszczególnych sylwetkach, która raz pojawia się, raz znika, kiedy indziej znowu zostaje przesunięta na linię bioder, przywodząc na myśl ni to dziecięce sukienki, ni to letnie toalety międzywojnia. Urozmaicenie kolekcji w tak nienachalny sposób to według mnie (głupiej/biednej/młodej) największy postęp w twórczości duetu projektantów.

Wciąż używam określeń z rodzaju 'w Polsce', 'na tle polskich projektantów', co może wydawać się drażniące, czy nawet nieco w swych założeniach małe, ale myślę, że jest to jedyny trafny (zaiste piękne sformułowanie, hihi) sposób pisania o większości projektantów w tym kraju, których ze względu na budżet, czy skalę produkcji z dużymi domami mody nie ma sensu zestawiać.
Polska to specyficzny rynek mody, z małą ilością marek powszechnie rozpoznawalnych i o wyrobionej renomie, a nade wszystko niską świadomością mody osób, które potencjalną klientelą polskich projektantów ze względu na dochody mogłyby być. Podejście pt. 'szukamy nabywców', zamiast 'udajemy kostiumologów' w pełni rozumiem i popieram.

Że kolekcja jest miejska, w lwiej części casualowa i minimalistyczna, a jednocześnie elegancka rozpisywać się nie mam zamiaru, bo jaki jest koń/kiecki każdy widzi.
Pisałam tu kiedyś, że żenuje mnie brak pomysłów projektantów na stylizacje swoich pokazów i że modelki zazwyczaj są uczesane i umalowane bardzo podobnie - tutaj zaskoczyły mnie fryzury - przedziałki pośrodku i włosy zaczesane do tyłu z asymetryczną falą, przywodzącą na myśl rodzaj zagniecenia to rozwiązanie tyle ładne, co ciekawe. Plus z sekretnych źródeł wiem, że niektórym modelkom specjalnie przedłużono pukle, żeby fryzury były spójne. To się w gruncie rzeczy chwali. Poświęcenie dla dobra ekhmm 'sprawy' w sensie.

Co do współpracy polskich projektantów z marką loft37, która staje się powoli standardem warszawskich pokazów, a nie tylko ciekawostką, to po raz kolejny nie byłam zachwycona - toporność botków za kostkę pięknie zepsuła parę pokazowych sylwetek, z kolei zestaw pt. skórzany obów za kostkę plus peep toe i szpilka to podobny wynalazek jak trampki na obcasie. Czyli ani to ładne, ani gustowne, ani praktyczne. Jedyną godną uwagi parą były sandały z bodajże trzech pasków różnej szerokości i w różnych kolorach, które niestety nie ostały się na żadnym ze zdjęć.
W kwestii zdjęć mały off-top; jeśli myślicie, że zstąpiło na mnie nagłe natchnienie i odmieniło możliwości obiektywu (mego obiektywu)*, to jesteście w błędzie, bo zdjęcia tym razem dzielnie robiła Olga**, pod natchnieniem zdawać by się mogło średnim, niemniej wyposażona w znacznie lepsze oko (to metaforyka taka, nie o dioptrie się mnie rozchodzi) i aparat.

Pamiętając majowy pokaz duetu pędziłam do Soho Factory w tempie dość morderczym, zakładając, że po fali krytyki, z jaką spotkało się ponad godzinne opóźnienie prezentacji ich poprzedniej kolekcji organizatorzy nie odważą się przesunąć rozpoczęcia pokazu po raz kolejny. Myliłam się srogo, tym razem modelki wyszły na wybieg o bagatela półtorej godziny później niż zaplanowano. Jeśli miał to być prztyczek w nos wszystkich malkontentów, którzy więcej uwagi poświęcili opóźnieniu, niż kolekcji (hmm, ja też zaczęłam od napomknięcia o tym swoją relację z majowego pokazu) to chapeau bas.
Podejrzewam jednak, że chodziło niestety tylko o późne przybycie Dżoany Krupy (przyodzianej zresztą na tę okazję w rzeczy z najnowszej kolekcji).

Nie odpowiedziałam na pytanie założeniowo durne i zbędne jeśli chodzi o recenzje pokazów, ale zasadnicze w blogosferze, a mianowicie familiarne 'czy mi się podobało'... tak personalnie, osobiście i immanentnie, huhu (innymi słowy czy 'nosiłabym').
Szczerze powiedziawszy umiarkowanie - bardziej od kolekcji poprzedniej, mniej od jeszcze wcześniejszej, pokazywanej na łódzkim FW SS2012 z rewelacyjną plexi biżuterią (wielka szkoda, że BOHOBOCO odeszło od projektowania dodatków i uwikłało się we współprace z rozmaitymi markami - w tym wypadku ze Swarovskim). Potrafię docenić markę i jej potencjał, a także wielofunkcyjność i funkcjonalność kolekcji, ale ja tego do końca nie kupuję (dosłownie i w przenośni).

Lubię BOHOBOCO za profesjonalizm i ciągłą chęć doskonalenia się - w kolekcjach widać każdorazowo postęp jeśli chodzi o praktyczność zastosowania i możliwości łączenia poszczególnych elementów. Zarówno strona internetowa, jak i fanpage są prowadzone z dużym wyczuciem (na uwagę zasługują też profesjonalne pokazowe lookbooki, ten z najnowszej kolekcji do obejrzenia np. tu), a kampania z Magdą Jasek (to poniekąd duet Lach-Owczarek pokazali Magdę szerszej, pozapokazowej publiczności zanim trafiła do kampanii Valentino i Louis Vuitton) stworzy nową jakość modowej fotografii reklamowej w Polsce (jeno pono popatrzcie).

Oczywiście marce zdarzyło się też parę wpadek jak choćby nietrafiony spot promujący perfumy No.1 (nazwy nawet nie skomentuję), z moja ulubioną aktorką z kategorii 'kołkowata-acz-ładna' udający ni to reklamę perfum Chanel, ni to Niczego nie żałuję i Czarnego Łabędzia (swoją drogą drugi z filmów przysłużył się niesłychanie naszej pięknej mowie ojczystej - nikt już nie mówi 'łabądź').

BOHOBOCO to nade wszystko jedna z niewielu rodzimych marek, która ma przed sobą przyszłość (rozumianą jako wszechstronny rozwój, a nie brak upadłości/stagnacja). Pozostaję kibicką, obserwatorką (a bonusowo to i 'fancią na fejsie').


___________________________________________________________________
*  nieintencjonalny kryptocytat z papieża (w takich właśnie momentach przepełnia mnie politowanie dla samej siebie)
** od czasu do czasu napomykam tu o osobach gdzieś tam sobie w pobliżu orbitujących, najczęściej jest to właśnie 'Olga' lub też 'litera M.', tak się jednak składa, że 'Olga' z bloga to w istocie Olgi cztery, a 'M.' z bloga to nie żadna figura mistyczno-stylistyczna jak Mr Big, albo też L. z Death Note, tylko trzy dziewuchy, każda o imieniu na tę zacną literę. Aaa, jeśli chodzi o 'postaci występujące' czasem pojawia się też Kasika, ale ona to jakby taki mąż opatrznościowy, czy coś.