12/16/2013

Fashvertisment vol. 2

 
For I am the first and the last.
I am the honored one and the scorned one.
I am the whore and the holy one.
I am the wife and the virgin. 
 
Wbrew pozorom powyższe treści nie stanowią fragmentu biuletynu mojej nowej sekty, a są wyimkami z reklam marek odzieżowych, co znaczy, że przed wami drugi post o tychże (werble).
Zestawienie treści ze zdjęciem dobrze obrazuje kolejny z trendów reklamowych, zaliczanych do wspomnianego w pierwszej części schockvertisingu (klik), czyli przyciągania uwagi odbiorców poprzez kontrowersyjne treści różnego rodzaju, tutaj związane z szeroko pojętą mistyką religijną.
Pierwsza reklama to oczywiście trawestacja Ostatniej Wieczerzy da Vinciego, kompilacja motywu religijnego z dziełem sztuki (dodam, że biorąc pod uwagę sezon w którym płowowłosa modelka robiła dla Girbaulda za Jezusa, reklama stanowi prawdziwy majstersztyk subtelnego wpasowywania się w tendencje - był to bowiem rok największej popularności Kodu Leonarda da Vinci wesołego grafomana nazwiskiem Brown).
Tekst z kolei jest fragmentem gnostyckiego utworu The Thunder, Perfect Mind z IV wieku (całość tutaj). Wybaczcie nadmiar angielskiego, ale gdybym miała podać tytuł polski tj. GRZMOT - UMYSŁ DOSKONAŁY straciłabym niechybnie zęby w szczękościsku oburzenia (przyznać musicie, że brzmi to przepaskudnie). Co ma matriarchalna wyliczanka do reklamowania ciuchów? Ano nie za dużo, tyle tylko, że przeintelektualizowani kreatywni od Prady walnęli ją w berlińskiej reklamie marki z 2009 z Darią Werbowy.
Celowo zestawiłam ze sobą te dwa, w gruncie rzeczy dość sekciarskie elementy - jakkolwiek kod kulturowy reklamy Girbaulda jest rozpoznawalny, tekst z Nag Hammadi jest dziełem nieznanym, na które np. 18-letnia-ja trafiłam li i jedynie dzięki Pradzie.
Marki modowe wchodzą z szeroko pojętą sztuką w związki dwojakiego charakteru - przyjmują rolę mecenasa, zyskując renomę w oczach odbiorców, którym kod uda się odczytać, bądź też zadowalają się uczepieniem poły metaforycznego surduta/togi/czegoś-tam jakiegoś artysty i grzania w cieple jego sławy. Kreatywność wątpliwa, ale skojarzenia bardziej pozytywne, niż gdyby spece od reklamy zdecydowali się miast płótna Rafaela obsadzić tyłek Lindsay.
Poniżej wspomniany film, Prada bawi się pogańskim, średniowiecznym wierszydłem, no ogólnie nie możecie przegapić.
I jak? Podobało?

Niżej z kolei, jedna z najpiękniejszych kampanii reklamowych dialogujących ze sztuką (oczywiście jest to zdanie całkowicie subiektywne, moje, tralala itepe). Kampania domu mody Yves Saint Laurent (szczęśliwie jeszcze nie pozbawionego imienia założyciela i bez dopisku dla kretynów 'Paris') z 1998 (sic) igrająca z kanonem figuratywnego malarstwa europejskiego. Dodam, że zestawienia poszczególnych kadrów z sesji są szczęśliwie dziełem internautów, nie częścią kampanii (taka dosłowność byłaby upiorna). Tym co różnicuje te fotografie od zdjęcia reklamującego Girbauld jest subtelność i zabawa konwencją - młodziutka Kate Moss jako jedyna ubrana (na domiar w męskie ubrania) postać w kadrze zaczerpniętym ze Śniadania na trawie Maneta zdaje się odświeżać atmosferę skandalu z Wystawy Odrzuconych...Interpretacje Wenus w lustrze można mnożyć w nieskończoność - Amor znika, ustępując miejsca modelowi wpatrzonemu narcystycznie (chciałoby się napisać 'po narcyzowsku', żeby zdjąć kontekst psychologiczny) we własne odbicie, postaci odwrócone do siebie plecami, zajmują się kontemplowaniem własnych twarzy. Przewrotne klisze seksualne i stylizacja zdjęć na obrazy robi z kampanii YSL coś więcej niż kolejną reklamę ekskluzywnej marki.

 

Dlaczego Louis Vuitton upodobał sobie współpracę właśnie z azjatyckimi artystami nie mam bladego pojęcia. Jasne, mogłabym naiwniacko napisać, że przecież Azjaci napędzają teraz rynek dóbr luksusowych, a już zwłaszcza tych związanych z wyglądem, ale niestety na to miłe uproszczenie się nie zdobędę - w Azji może i dużą rolę odgrywa tradycja, ale nie w kwestii ubioru. Dla średniozamożnej Japonki ideałem wyglądu będzie Europejka, zainwestuje więc w kremy wybielające twarz, operacje powiększania oczu i zwężania nosa, a nade wszystko w zachodnią modę. 
Zatem jeśli uwzględnić, że wzrok tamtejszej klienteli skierowany jest bałwochwalczo na Europę współpraca z Japończykami wydaje się być strzałem w nogę (tyle jest wszak konkurencyjnych marek, jak np. zawsze choć odrobinę paryskie Chanel). 
Z drugiej strony podziwiając (w moim wypadku z 'podziwem' w olbrzymim cudzysłowie) efekty współpracy można radośnie krzyknąć 'kawaii' i nie dziwić się już niczemu. Bo nawet top-wieśniary z podmoskiewskiej Rublówki jakoś nie wyobrażam sobie z kuferkiem w infantylne wisienki sakura.
Jakkolwiek same efekty projektów nie zachwycają, kampania reklamowa z Yayoki Kusamą (to ta wesoła babcia lubiąca kropki) zachwyca geometrycznym monochromatyzmem (hmm, tj. samego 'geometrycznego monochromatyzmu' jak to idiotycznie i pseudo-uczenie ujęłam jest w modzie mrowie, ale rzadko w takim nagromadzeniu).
Och i ciekawostka ze zbioru moich ciekawostek z przysłowiowej dupy jest taka, że Kusama napisała niegdyś do Nixona (taa, tego Nixona, byłego prezydenta USA) list w którym to zaproponowała mu sex w zamian za zakończenie wojny w Wietnamie. Chyba się nie zgodził (chociaż w sumie nigdy nie wiadomo). Jeśli dotrwacie do końca postu bonusowo będziecie mogli przeczytać moją ulubioną ostatnią ciekawostkę o małżach, zatem bądźcie grzeczni (a tak serio, to możecie darować sobie bełkot o reklamach i po prostu przewinąć post).

Pan od moro i wiśniowego kwiecia to z kolei Takashi Murakami, podług Wikipedii nazywany 'japońskim Warholem' (super, lubię te wesołe klasyfikacje narodowość+nazwisko, kiedyś zrobię chyba  konkurs w którym będzie można wygrać yankee candle, a zadaniem będzie zestawienie postaci z określeniem budowanym na powyższym schemacie np. Gavel - polski Alexander McQueen).

   

Jest takie powiedzenie, że złość piękności szkodzi (oraz 'kto je sałatki, ten piękny i gładki'). 
Do mądrości ludu dodałabym jeszcze, że oburzenie szkodzi na mózg. 
Oburzenie to stan zapowietrzenia intelektualnego, kiedy oburzony jest w stanie wzdychać i łypać wrogo okiem, ale niewiele więcej. Jest oburzony, bo obrazek świata okazała się być szerokokątny, a tu feler bo mamy do czynienia z umysłem o kącie standardowym i dodatkowo stałoogniskowym (metafora fotograficzna, wybacz mi Ojcze...).
Właśnie oburzeni byli szczekliwi internauci, kiedy w 2007 Marc Jacobs zdecydował się, że nową twarzyczką LV nie będzie odętousta Scarlett, ale Michaił Gorbaczow. Wybór spowodował oczywiście masę szumu medialnego (co jak nie trudno się domyślić przekłada się zawsze na wzrost popytu) i bądź co bądź ciekawą dyskusję - o uwikłanie mody w politykę.
Gorbaczow był postacią o tyle dobrą, że raczej białą, niż czarną, a bonusowo kontrowersyjną, reprezentującą jednocześnie bohatera ludowego (dzieciństwo w kołchozie itepe) i wizerunek przeciętnego, acz zadbanego starszego pana.

Idąc tropem kolaboracja + azjatycki/a artysta/tka warto wspomnieć o Yoko Ono, znanej, podobnie jak Irena Krzywicka z robienia kariery pod (Boyem/Johnem). Tj. z tą Krzywicką to się nie zgadzam w zasadzie, ale Yoko to totalnie ten case. Nie obyło się oczywiście bez atmosfery skandalu, tym razem średnio opłacalnego medialnie - kilka miesięcy po publikacji w sieci oficjalnego lookbooka męskiej kolekcji dla Opening Ceremony (taki tam amerykański i bardziej designerski Asos) Yoko została pozwana przez projektantkę imieniem Haleh, nazwiskiem Nematsadeh o plagiat (projekty tej ostatniej na zdjęciu numer trzy). Nosilibyście?
Czy w reklamie tego typu rzeczywiście chodzi o Yoko Ono i jej (/nie jej) projekty i potencjalne rzesze fanów? Raczej nie, bardziej o wywołanie szumu wokół marki, rozpoznawalnej znacznie słabiej niż artystka, a jednocześnie na poły alternatywnej i luksusowej (bo w modzie współpraca z artystami zawsze nosi znamię luksusu - rzeczywistego, bądź domniemanego).


Inny pomysł na oryginalną reklamę to zaangażowanie PoshSpice, aka Victorii Beckham przez Marca Jacobsa do kampanii w której ciuchy, poza parą okularów przeciwsłonecznych i jakimś rąbkiem kiecki właściwie się nie pojawiają. Zdjęcia robione były w czasach, kiedy Victoria nie stała jeszcze na czele dobrze prosperującej, autorskiej marki, a spokojnie niańczyła dzieciaki o podejrzanych imionach gdzieś w L.A., w zasadzie stroniąc od paparazzi, okładek i skandali. Co by o niej nie mówić, nie jest też typem powszechnie akceptowanej dziewczyny z sąsiedztwa, a jej rysy twarzy nie wpasowują się raczej w żaden z kanonów urody lansowanych przez koncerny modowe. 
Dlaczego więc została wybrana? Bo była (i wciąż jest) naczelną fashion victim szołbiznesu. Kobietą, która masakruje własny układ kostny, żeby dodać sobie centymetrów i musi tyć ponad 20 kg, żeby móc po raz kolejny zajść w ciążę. I to nie dlatego, że cierpi na zaburzenia żywienia, tylko ponieważ uważa rozmiar 32 za najestetyczniejszy z możliwych. Chodząca realizacja złotej maksymy - Suffer for fashion
W tym kontekście wsadzenie Posh Spice do wielkiej torby na zakupy i umieszczenie na jej głowie dość kretyńskiego fascynatora zakrawa na grubą, autotematyczną kpinę. Czy odbiorcy marki załapali podtekst nie wiem, ale kampania przyciągnęła uwagę mediów.


Z kolei poniżej moja osobista miazga. Nie jest to co prawda reklama marki modowej, ale to z tej estetyki czerpie. Reklamowany jest oczywiście płyn do mycia toalet, a nie luksusowe perfumy, a co i jak trawestuje pisać mi się nie chce, bo jaki jest koń (i szczotka do kibla) każdy widzi.
Głosy protestu przeciw poniższej reklamie wskazywały na ośmieszenie pani sprzątającej toalety, ale wybaczcie, ja nie wiem za bardzo jak miałabym zdefiniować kategorię jej ośmieszenia. Co więcej należy wziąć pod uwagę, że raczej nikt z potencjalnych odbiorców nie zidentyfikuje się z postacią, określaną w Polsce upiornym mianem 'babci klozetowej', taka ot natura ludzka.
Plus jeśli reklama AmbiPur was w jakimś stopniu ubawiła, nie krępujcie się wpisać nazwy marki w wyszukiwarkę - kampania składa się z kilku zdjęć. Pozy niezmiennie seksowne, a model niezmiennie umięśniony.

Bonus - niemiecki wesołek (podobno artysta, ale kto zacz nie wie nikt) podoklejał wiosną w Hamburgu toolbary photoshopa (cóż, wzbraniam się przed użyciem określenia 'paski narzędzi', bo ewokuje mi we łbie sztandarową postać tanich pornosów - okutanego w takowy pas hydraulika) do plakatów przedstawiających kolekcję kostiumów kąpielowych H&M. Cóż mogę powiedzieć - trafna uwaga...



____________________________________________________________________
Pierwsza część Fashvertisment TUTAJ , kolejna (tym razem o filmach reklamowych) w przyszłości. Biorąc pod uwagę moje bloggerskie nawyki, dość odległej.


Ajajaj, i ciekawostka z kolekcji niezdatnych do niczego być miała (niezdatnych, bo ani dziewczyny na nią nie wyrwiecie, ani w pracy semestralnej nie napomkniecie).
Otóż CZY WIECIE, ŻE...
W warszawskiej oczyszczalni ścieków od niedawna zatrudnione są małże. Takie prawdziwe, jak małże w winie, albo w zupie małżowej, tyle, że żywe. Małże te są wielkopolankami i pochodzą z najczystszego jeziora w naszym kraju, a ich zadaniem jest sprawdzanie, czy woda z oczyszczalni jest wystarczająco czysta. Leżą sobie ona i piją i jedzą, a jak wyczują detergent zatrzaskują pyszczki/twarze/głowy (cokolwiek) i dostawa wody dla miasta jest wstrzymywana na 24 h, a zespół oczyszczalni sprawdza co też się małżom nie spodobało. Podobno są traktowane humanitarnie i wywożone na emeryturę do swojego krystalicznego jeziora. Te małże to w ogóle najromantyczniejsze o czym ostatnio słyszałam.
I myliłam się - ta ciekawostka jest jednak odrobinę użyteczna - otóż jeśli mieszkacie w domu z powojenną instalacją hydrauliczną możecie pić tzw. kranówę, a małże są gwarantem, że nie umrzecie w mękach duru brzusznego.

12/04/2013

INSTAMIX aka mój przebogaty lajfstajl

1. pranie niekoniecznie musi być rozwieszone, można je np. włożyć do miski i systematycznie przerzucać co 2-3 h, aż do uzyskania pożądanego stopnia suchości 2. plac św. Piotra, papież już co prawda NIE NASZ, ale spotkanie z ekipą z Grudziądza bezcenne (niech Bóg ma was w swojej opiece, nie mogę się doczekać kiedy znów zanucimy wspólnie ,,Barkę'') 3.  ,,(...) autor dialoguje z własnym członkiem'', a to wszystko w książce o dosadnym tytule ,,Ja i on'' Alberto Moravii (gorąco nie polecam) 4. ja i moja siostra jesteśmy strasznymi krejzolkami oraz wariatkami 5. doniczki z Ikei (nie, nie u mnie na parapecie, na parapecie w Ikei) 6. FW i Ewa Minge <3 (jak widać ja w pierwszym rzędzie, hehs), urzekła mnie sukienka z wielkimi dziurami na bokach obszytymi kryształkami Swarovskiego, przypomniała mi strój Julii Roberts na początku ,,Pretty woman'' (minus kryształy i Julia) 7. z pewnością zastanawialiście się wielokrotnie  jak wygląda z bliska zdjęcie piersi kurczaka na billboardzie. Otóż właśnie tak. 8. Vanda 9. Albert Brzuszek - kot wielofunkcyjny


1. w drodze wyjątku śniadanie bez muffinów i odtłuszczonego latte 2. tesco tea 3. moja dziara in spe, pozdrawiam tatuażystę Olgi, właściciela katalogu 4. perfekcyjny tytuł pornola 5. sms od M.: co robisz? mms do M.: podziwiam syf  6. ja w szerokim świecie 7. permanentny stan lodówki 8. #rozjechana #ropucha (#yolo) 9. w witrynie fotografa. mam nadzieję, że przyjdą też na zdjęcie z potomstwem


1. XVII-wieczna fontanna Berniniego i chłodzące się weń wino za 4 euro 2. Warsaw Shore 3. z Anią Kuczyńską przez kolokwia z gramatyki opisowej 4. Wasyl - brudny kot z ulicy 5. Kwiaty Polskie 6. Carlos 7. szpony i Albert Brzuszek 8. ...świniaśmy, świniaście, świnie 9. bal debiutantek anno domini 1995

Po ponad dwóch latach ślamazarnego prowadzenia bloga dowlekłam się w siódmych potach do setnego posta. Z tej okazji (jakże istotnej w moim życiu, hehe) mój superwypasiony INSTAMIX.
Mam nadzieję, że płoniecie z zazdrości, co najmniej jak przy oglądaniu insta bloggerki, słynącej z wykupienia niezwykle oryginalnej domeny rozpoczynającą się od vvv, miast www.

________________________________________________________________________

hmm, nie będę bardzo zdziwiona, jeśli niniejszy post nie ubawił nikogo poza mną (besztam się w myślach, ale przy dopisywaniu 'yolo' do martwej żaby oplułam ekran z radości).
Gdybyście jednak nie zdechli z zażenowania, albo też pragniecie mnie zdissować do cna polecam analogiczny post o zawartości torebki (klik)

11/24/2013

hasztag kratka

spódnica - Zara, szalik - Marks & Spencer, sweter - H&M trend, buty - Vagabond, bransoletka - COS, zegarek - MUJI, torba - Reserved


Wstydzę się w dwóch przypadkach - kiedy pokazuję, że jestem kulturalna i kiedy ubiorę się za modnie. Brzmi jak gruba psychoza, ale przyczyn dopatrywałabym się raczej w ogarniającej mnie ostatnio pogoni za naturalnością.
W pewnym momencie, o ile oczywiście jest to nam pisane genetycznie, psychicznie i środowiskowo przestajemy potrzebować konfrontacji i aprobaty do życia.
Nie musimy już mieć co roku bardziej brokatowego i odblaskowiej różowego piórnika niż Blanka i Andżelika, nie czujemy potrzeby zawalania każdej konwersacji 'intelektualną wkładką' składającą się z tytułów niskobudżetowych i tak alternatywnych, że widzianych tylko przez 183 wybrańców (i na pewno nie przez naszego rozmówcę), a z domu potrafimy wyjść w dresie i bez bielizny.
I okej, cząstka 'my' to taki zabieg stylistyczny, nie wiem, czy wy, ale ja już potrafię.
Dostaję gęsiej skórki, kiedy zdarza mi się użyć określeń z gatunku 'mentalność postmodernistyczna', czy 'dyskurs feministyczny', albo kiedy słyszę dziewczątka robiące nawiązania intertekstualne warte przysłowiowego potłuczenia o kant dupy (tak niezwiązane z tematem), ale prezentujące niezwykłe, w ich mniemaniu, oczytanie.
Wszystko dla ludzi, ale miło wejść na poziom, na którym czyta się, ogląda i wychodzi z domu dla immanentnych potrzeb intelektualnych, czy prostackiej, zdawać by się mogło przyjemności, a nie poczucia braków w wykształceniu (nie czytałaś ,,Dublińczyków''? co ty sobą właściwie reprezentujesz), czy wydania się sobie (i innym) kimś bardziej interesującym.
Znam ludzi robiących nieostre zdjęcia własnej ręki aparatami analogowymi i uważających się w związku z tym za artystów, literatów, których jedynymi dziełami są opisy na facebooku, ale też osoby w niewyjaśniony sposób interesujące, które opowiadają o rzeczach z gatunku 'uprawa szczypioru na parapecie' i nie jarają się żadną uber-intelektualną dziedziną.
Podła Helena - powiecie, chce być aintelektualna, żeby w spokoju zarzucać wszystkim debilizm. Otóż nie, ludzką głupotę da się kontemplować najlepiej właśnie w rozmowach założeniowo mądrych. Wtedy jak na tacy widzimy cudze braki, nieumiejętność mówienia własnymi zdaniami, a co za tym idzie konieczność nieudolnego przytaczani tych przeczytanych.
W bliżej nieokreślonym momencie zaczęłam zauważać jak daleko tzw. życia jest rozmowa o martwych postaciach i przerzucanie się interpretacjami. Wolę często po prostu poużalać się z koleżanką nad jej rozdwojonymi końcówkami i usłyszeć opowieść o duchu prababci snującym się po domu.

Jak wspomniałam wstydzę się też ubierać za modnie. Dziwne wyznanie jak na ćwierć-etatową szatniarkę.
Pięknie byłoby zdefiniować w kategorii 'modnego' to co Wielka Czwórca tygodni mody proponuje na trwający właśnie sezon, tyle, że w świecie goniących za sobą trendów za prawdziwie modne uchodzi nie to, co oglądaliśmy w lutym, a pokazy z września w założeniu prezentujące trendy na nadchodzącą wiosnę. Aby być prawdziwie modnym, trzeba więc być fashion forward.
W Polsce z kolei modne (w znaczeniu 'mroczny przedmiot pożądania') stają się te ubrania, które można kupić. Na przykład niewinne skórzane i pseudo-skórzane rękawy.
Pojawiły się na kilku pokazach, o ile dobrze pamiętam, całe sześć sezonów temu, u nas święcą triumfy właśnie teraz - są czymś nowym i dostępnym. Miło byłoby założyć, że dziewuszki oglądają pokazy, a potem marzą latami o odpowiedniku zobaczonego ciucha, aż nagle zstępuje on do takiego Top Shopu prosto z rąk kambodżańskich półsierot... Bardziej prawdopodobna wydaje się jednak wersja, że statystyczna modna-anka-z-warszawy skórzane rękawy widziała nie na pokazie, a u koleżanki z roku, opcjonalnie u pani z TVN'u i zapragnęła mieć je i ona.
To czego nie znoszę w ubiorze Polek, to noszenie sporo przestarzałych trendów z przekonaniem, że są modne, bo przecież powiewają na wystawie w New Looku i u Kasi Tusk, która wygląda co prawda dobrze (i coraz lepiej), ale z nowymi trendami ma wspólnego mniej więcej tyle, co śpiąca teraz pod podłogą na której zasiadam z laptopem Babcia Krysia (ta od jelonka).
Gdyby pokusić się o przeprowadzenia badań na grupie studiujących w dużych miastach Polski 20-latek z klasy średniej, jestem przekonana, że co najmniej trzy czwarte z nich mając anonimowo ocenić swój ubiór powiedziałoby, że jest on zgodny z trendami. Postrzeganie ujednolicenia, jako czegoś modnego jest jednak dość zadziwiające. Może też po części tłumaczy dlaczego bloggerki takie jak Oliwia, czy Ewelina, u których żadne ubranie nie jest przypadkowe, za to niemal każde nawiązuje do konkretnego trendu wybiegowego, mimo rosnącej popularności nie mogą przebić się do grupy mainstreamowych polskich bloggerek-celebrytek (chociaż swoją drogą nie sądzę, żeby były tego rodzaju karierą zainteresowane).


Bez dużych (naprawdę dużych) środków, stworzenie stylu (powiedzmy kilkunastu zestawów na dany sezon), który byłby jednocześnie modny, praktyczny i wysokiej jakości jest w Polsce niemal niewykonalne, albo wymaga katorżniczych poszukiwań (bawiłam się tak przez ponad pół roku, minimum 2 h dziennie przekopywania lumpeksów, sieciówek i internetu). Poza tym całkiem subiektywnie uważam, że staranie się 'za bardzo' odbiera większości zestawów polot. Kiedy widzisz osobę, po której widać, że dobierała każdy pierścionek i guziczek trzy godziny, nie postrzegasz jej stroju jak manifestu indywidualnego stylu, tylko swego rodzaju przebranie.

'Za modnie' w warunkach polskich to też często mieszanka wszystkich możliwych trendów (przebrzmiałych bardziej, bądź mniej) - pasteli z neonami, ćwiekami, asymetrią, skórzanymi wstawkami, azteckimi wzorami, fullcapami i masą biżuterii. Zestaw straszny, albo śmieszny. Dziewczyny chcąc pozostać w kręgu magicznego przymiotnika 'modny' tracą umiejętność zestawiania poszczególnych elementów, bo żaden z ciuchów nie może być przecież zwykły. Zawsze dziwią mnie też osoby poświęcające masę czasu na rozmaicie rozumiane dopieszczanie swojego wyglądu, które piszą pogryzionym ołówkiem długości pięciu centymetrów w zeszytach w bolidy, a za portfel służy im saszetka z Filipinki z roku pańskiego 2001.
Albo zwraca się uwagę na wygląd otaczających nas rzeczy, albo się ich nie dostrzega i żyje się w świecie idei/sztuki/sportu (opcjonalnie orgii zbiorowowych/mordów rytualnych). Czyżby znów kazus polskiej mody-na-modę, na której znają się wszystkie kobiety, no bo przecież szukają kiecek na imprezy na ASOSie i lubią się podobać (nie mylić z 'ładnie wyglądać', bo to dwie różne rzeczy, o czym kiedy indziej).

Ukłony!
____________________________________________________________________
Mam wrażenie, że nieintencjonalnie wróciłam do swojego niegdysiejszego stylu pisania bloga - merytorycznie mało, stetryczało-złośliwych uwag i kretyńskich przykładów co niemiara. Chyba robię się grafomanką od nie-spania i nie-picia, cóż.

11/20/2013

NOWA MODA POLSKA / Marcin Różyc



Pisanie porywających wstępów jest niebezpieczne. Jak huragan Katrina, albo zemsta Montezumy, tyle, że literacko. Bo studzenie przez 300 stron zapału czytelniczego obudzonego na stronach trzech bywa po prostu wkurwiające (i nie muszę chyba dodawać dla której ze stron).
Między innymi dlatego wstępów, niezależnie od tego, czy odautorskich, czy tych skleconych przez osoby trzecie zwyczajowo nie czytam. W wypadku Nowej mody polskiej było jednak inaczej, z tej prostej przyczyny, że zdziwił mnie rozmiar książki noszącej tytuł bądź, co bądź dumny.
We wstępie Marcina Różyca pada wiele trafnych spostrzeżeń i okrągłych zdań, które mogłyby z powodzeniem zasilić którąś z internetowych skarbnic mądrości z cytatami.
I piszę to wbrew pozorom bez cienia ironii - umiejętność formułowania zdań lapidarnych i błyskotliwych w czasach rozflaczonych dywagacji to rzadkość. Tyle, że samej książce nie do końca udało się sprostać ukrytej między wierszami wstępu obietnicy dogłębnej, a co ważniejsze świeżej, diagnozy mody polskiej jako dziedziny kultury.

Marcin Różyc podzielił książkę na cztery części, okraszone zdjęciami nawiązującymi do treści poszczególnych rozdziałów.
Moda i sztuka - część pierwsza i bezsprzecznie najlepsza, może za sprawą związków autora ze światem sztuki (Różyc był m.in. kuratorem pamiętnej wystawy Krzyk mody w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej) omawia kolaboracje domów mody z niszowymi artystami, obopólne korzyści płynące z mecenatu marek high fashion nad projektami artystycznymi, a przede wszystkim flirt (bo jeszcze nie związek) mody ze sztuką na rodzimym podwórku. Przedstawienie polskich marek na tle tych zachodnich, pokazuje, że współpraca z twórcami niezwiązanymi z modą nie jest bynajmniej kaprysem projektanta, ani  też nieistotną ciekawostką, a jedną z dróg rozwoju współczesnej mody.
Bardzo podobał mi się sposób pisania o poszczególnych kolaboracjach - bez zbędnej opisowości, ani szczegółowych wyjaśnień, w które często popadają autorzy tego typu opracowań, co stawia czytelnika na nieprzyjemnej pozycji założeniowego kretyna.

Najciekawsze fragmenty Mody i architektury koncentrują się niestety wokół cytatów z Barthesa, czy Bradleya Quinna, który wskazywał na związki mody i architektury jako dziedzin negocjujących relacje między przestrzenią prywatną i publiczną oraz definiujących tożsamość. Pozostała część rozdziału poświęcona jest dość jałowym opisom miejsc, w których ubrania z metką made in poland można nabyć. Nazywając je jałowymi mam na myśli banalne zdania z gatunku ,,Najważniejszym polskim miastem, w którym pokazuje i sprzedaje się modę jest Warszawa'' (naprawdę?), czy wikipedyjne niemal opisy modernistycznych kamienic, w których usytuowane są poszczególne sklepy. Zabrakło też wzmianki o muranowskim butiku Joanny Klimas, który stanowi w Polsce ewenement, jeśli chodzi o prezentacje i sprzedaż ubrań - to sklep tworzony jako miejsce nie tylko transakcji, ale też spotkań, którym sprzyja połączona z nim kawiarnia oraz pracownia projektantki.
Dwadzieścia stron poświęconych sklepom ubarwiają nieliczne ciekawostki (wiedzieliście np., że w 2005 pod filarem Mostu Poniatowskiego mieścił się guerilla store Comme des Garçons?).
Jednym z moich ulubionych segmentów Nowej mody polskiej jest fragment poświęcony tygodniom mody - Różyc z jednej strony jest ekspertem zarzucającym czytelnika w nienachalny sposób garścią faktów (dowiedziałam się np., że nowojorski FW powstał ze względu na brak dostępu bogatych Amerykanów do rynku francuskiego podczas II wojny światowej), z drugiej natomiast bezstronnym obserwatorem, który nawet gorzkie sądy formuje ze swego rodzaju gracją.

Sylwetki to jak wskazuje tytuł  portrety polskich projektantów, subiektywnie wyselekcjonowanych przez autora. Obok znakomitej, na poły socjologicznej diagnozy twórczości Maldorora (co znamienne Różyc opatrzył projektanta przydomkiem 'oskarżyciel') oraz napisanej z dozą czułej nostalgii historii rodziny Zarembów, kultowych warszawskich krawców, dostajemy niedbale wysmażone ochłapy zdań o Ani Poniewierskiej, czy Jakubie Pieczarkowskim (i sądzę, że nie jest to kwestia ich krótszej obecności na rynku), czy tonącą w szczegółach, a więc poniekąd zamazaną sylwetkę Ani Kuczyńskiej.

Nową modę polską wieńczą wywiady Marcina Różyca z osobami związanymi z branżą. Co interesujące nie tylko z projektantami, ale też np. z Januszem Noniewiczem (zastępcą redaktora naczelnego K MAG'a i pomysłodawcą utworzenia Katedry Mody na warszawskiej ASP), czy Magdaleną Komar, projektantką materiałów.
Z jednej strony fakt, że około jedną trzecią całej książki stanowią właśnie wywiady zdaje się być swego rodzaju pójściem na łatwiznę, z drugiej zaś czytając rozmowy z Karoliną Sulej, na temat mody w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, czy bezpardonowo szczerą Joanną Klimas (mówiącą bez ogródek o panującym w Polsce bezguściu) miałoby się ochotę przeczytać wywiad-rzekę, a nie odpowiedzi na parę pytań.

Książka Marcina Różyca jest poza nielicznymi fragmentami wartko napisanym, naszprycowanym informacjami opracowaniem. Może i nie maluje panoramy współczesnej mody polskiej, ale z pewnością zainteresuje osoby mające o tejże już jakieś pojęcie. Nieszablonowe zdjęcia, dotykające sedna sformułowania, czy niektóre spośród wyżej wspomnianych wywiady, to inne pozytywy tej publikacji.
Nowa moda polska drażni swego rodzaju niedopracowaniem - zdaje się, że książka mogłaby być znacznie lepsza, napisana równiejszym stylem, gdyby poświęcić jej więcej uwagi i czasu. Na niedopracowania, a nie ewentualną nieudolność autora zdają się też wskazywać drobne, acz rozliczne błędy, głównie literówki, których w ramach wyzbywania się złośliwości i małostkowości wymieniała nie będę.

Polecam gorąco, mimo zgodnych z tutejszą tradycją i  moim wiekiem (mentalnym) narzekań.

_______________________________________________________________

,,Nowa moda polska'' Marcin Różyc, wyd. 40000MALARZY, Warszawa 2012

na zdjęciach prócz jelonka Babci Krysi i ww. książki : Anna Orska - naszyjnik z kolekcji REM (wzór Robert Kuta), Jakub Pieczarkowski wiosna-lato 2013, pokaz kolekcji MARIOS DIK (wzory Karol Radziszewski)

11/10/2013

(prawie) 3 w 1 i soliter Zapolskiej

buty - ALDO, okulary - Ray Ban, sukienka - COS, torebka - Venezia

Plany były szeroko zakrojone - zamierzałam mianowicie pokazywać ubrania li i jedynie w układzie trójkowym, tj. jedno ubranie bazowe (w tym wypadku miała to być sukienka) w trzech kontrastowych (stylistycznie) zestawieniach. Jako że regularność, to ostatnia z moich cech, a bycie fotografowaną to ostatnia z moich rozrywek, nie wyszło i najpewniej już nie wyjdzie.

Nie chodzi bynajmniej o to, że jestem arcy ekologiczna. Rozkład planety moich potencjalnych wnucząt mało mnie interesuje (w myśl zasady dobre jest co, co dla mnie najwygodniejsze), bardziej mam problem z nadmierną konsumpcją.
Dziesiątki rzeczy pasujące tylko i wyłącznie do jednego zestawu (vide indycze podgardle z maja), piętrzące się sukienki do prania w pralni (klik), bądź sweterki do prania ręcznego (klik dwa) stanowią trzy czwarte moich ciuchów, w związku z czym zwykle paraduję w pozostałej (i mało spektakularnej) części czwartej.

Ubrania to moda, bo moda niekoniecznie musi być modna (w znaczeniu 'z tego sezonu').
To zawsze obraz czasów, społeczeństwa, pozycji noszącego. Nawet w postaci setnej popłuczyny po kisielu, produkcji azjatyckiej jest odbiciem idei, powstałej czasem wiele miesięcy wcześniej i dziesiątki tysięcy kilometrów dalej. Powinna za to być użytkowa - praktyczna i wysokiej jakości. Mówiąc metaforycznie musi mierzyć się z rzeczywistością, w innym wypadku jest kostiumem, nie ubraniem.
Mało kogo stać na kupowanie szmat - w istocie golf z angory za 500 zł jest tańszy, niż sezonowa sukienka z River Island za 369, na która za rok nie będziecie mogły patrzeć.
Wystarczy umieć dzielić i przewidywać - jeśli w płaszczu za 893 zł chodzę przez trzy lata po 92 dni w roku to jedno założenie kosztuje mnie około 3 zł, znacznie mniej niż dwukrotne założenie spódnicy choćby i za 50. To by było na tyle, jeśli chodzi o mini odezwę do konsumentów, która miała tłumaczyć tytuł posta.

Czas zatem na anegdotę o soliterze [*]
Zasadniczo nie przepadam za lekturami proponowanymi (choć adekwatniejszy byłby termin 'narzucanymi') przez system edukacji wyższej. W tym roku jest to głównie intymistyka kobieca, którą czytuję ze średnim entuzjazmem, ale przez sympatię dla prowadzącej dość skrupulatnie.
Ostatnio siedziałam spokojnie na środowych zajęciach i sporadycznie wymądrzałam się ohydnie, kiedy pani M. powiedziała 'bardzo mi przykro moi drodzy, czas, żebyśmy omówili fragment o soliterze', a po sali poniósł się kiepsko tłumiony, nerwowy chichot.
Tak się złożyło, że w rzeczonym tygodniu nie dobrnęłam do drugiego tomu listów, więc nie miałam pojęcia o co może chodzić, a soliter kojarzył mi się wyłącznie z francuskim słówkiem o analogicznym brzmieniu. Speszona, postanowiłam zacieśnić więzi z koleżanką z prawej, zaczynając niezbyt fortunnie od szturchnięcia jej łokciem. W odpowiedzi dostałam list Zapolskiej z 18 listopada 1906...

(...) Wczoraj nagle, po obiedzie zaraz, dostałam strasznego ataku. Coś takiego nie miałam jeszcze nigdy. Odebrało mi mowę, wzroku, słuch, mdlałam na rękach Woźniakowskiej i zdawało się, że zostanę. Wymioty okropne i co innego. To trwało od 2-giej do 8-mej. Nagle o 8-mej zaczął ze mnie wychodzić ogromny soliter. Gdy go zobaczyłam i poczułam, kłęby śliny zaczęły mi się toczyć i straciłam przytomność. Jakie miałam boleści, tego opisać niepodobna. Woźniakowska zaniosła mnie do łóżka, zebrała solitera - jest do 3 metrów - i włożyła w spirytus. Jest biały jak kość słoniowa i zdaje się, że nie jest urwany, lecz że to już jest głowa tego właśnie botorocephala, o którym ja zawsze mówiłam. (...)

Ach, draby! draby! dziś bym tym, co mi nie wierzyli, tego ślicznego, wyhodowanego przez nich tasiemca w mordy wtłoczyła. Niechbyście go mieli i niechby was dławił. (...)

Tego tasiemca nie dam nikomu. Kupię śliczny słoik i każę na nim wyrżnąć nazwiska lekarzy.

W ten właśnie sposób poznałam najzabawniejszą bodaj anegdotę w Literaturze polskiej, która skutecznie zdarła nieco patyny z miedzianego popiersia Zapolskiej, zalegającego mi z tyłu głowy od czasów licealnych.
Co ciekawe Gabriela Zapolska była leczona przez uczniów Freuda i rozmaitych medyków na histerię, a przyczyną okazał się być niewinny soliter, który towarzyszył powieściopisarce (wewnętrznie) podczas tworzenia jej najbardziej poczytnego utworu - Moralności pani Dulskiej, oraz (zewnętrznie, zamknięty niebożę w ślicznym słoju) w dalszym życiu.
Paradny jest opis samego pasożyta, najpierw obrazujący tasiemca jako potwora z otchłani (hihi), a następnie niemal jako oswojone zwierzątko spozierające zza szkła.

Młodzieży szkolnej polecam streszczenie powyższej historii bogobojnym polonistkom, z pewnością będą stosownie zażenowane.

Ukłony!